Szpitalne treści…i domowe wieści…

W pierwszej sali- zanim mnie przeniesiono po operacji do innej-  leżała ze mną Pani, która była już ponad tydzień od operacji-  wysoki stan zapalny żołądka, który w żaden inny sposób nie udało się opanować, jak przez operację. Żołądek miał podjąć pracę po kilku dniach. Miał, ale nie podjął. Pani 600 km od domu, tu na miejscu tylko kuzynka. Byłam w takiej sytuacji dwa razy: odległość od domu 320 km ( od DM jeszcze więcej) i nikogo we Wrocławiu i jego okolicach. Z drugiego pobytu wyniosłam przyjaźń. Niestety, kilka lat temu E. pokonał ten sam ( z grubsza ) dziad- gad, z którym walczę dziś- łącznie już 8 lat. E. walczyła cztery lata… Wracając do Pani…Jeden wielki kłębek nerwów, bo wyniki wszystkie dobre, ale coś jest nie tak, i nie wiadomo  co… Zrobiony w poniedziałek tomograf nie wyszedł, więc powtórzyli…Najpierw mówili o opuchliźnie wątroby, która minie, a po powtórzonym badaniu TK,  jeszcze w ten sam dzień zadecydowali o operacji…Panią operował mój Chirurg, a tę powtórzoną jakaś inna lekarka.  Przez kilka następnych dni nic nie wiedziałam, co się u Pani dzieje, aż sama zaczęłam wychodzić na korytarz i przy okazji okazało się, że Panią również przeniesiono do innej sali obok. Na pierwszy rzut oka było dużo lepiej, ale podczas rozmowy okazało się, że w ciągu tych kilku dni przeszła kolejną, trzecią operację- tę na koniec znowu przeprowadził p. Chirurg- udaną! Ale, żeby nie było…została zakażona bakterią i musi czekać, aż się rana wygoi, zanim wyjdzie do domu…Pani już ponad trzy tygodnie w szpitalu, a przyjechała do DM do lekarza po cudowną pigułkę na żołądek, nie spodziewając się, że zostanie w szpitalu i przejdzie 3 operacje. Zdarza się. Pożegnałyśmy się serdecznie, kiedy wychodziłam do domu.

Drugi przypadek: Pan. Pana poznałam ponad miesiąc temu na konsylium u p.Profesor. Był tam w szpitalnej piżamce, czyli z oddziału. Zobaczywszy go na szpitalnym korytarzu, pomyślałam sobie, że pewnie drugi raz trafił do szpitala. Zdarza się.  Jednak historia Pana trochę się różniła od moich przypuszczeń. Mężczyzna do szpitala trafił z powodu planowej operacji zaćmy, jednak wysoka anemia zdyskwalifikowała go z automatu. Lekarze po drążyli temat i wykonali szereg badań diagnostycznych. Został przeniesiony na innym oddział, a potem diagnoza: rak; operacja i stomia. Pan skołowany, wypytywał się mnie o markery (usłyszał, jak na korytarzu rozmawiałam z Miśkiem, czekając już na wypis) i o chemię. Gdy usłyszał, że ja trzy razy ją miałam, to się uśmiechnął i podziękował. Autentycznie, kolejny raz usłyszałam, że jestem nadzieją. (Wiecie o co chodzi, prawda?)

Moja współspaczka Graszka: 12 lat temu u jej siostry zdiagnozowano raka piersi. Zrobiła testy genetyczne i wyszedł BRCA1. Długo namawiała swoją siostrę- Graszkę, żeby ta zrobiła to samo. Kiedy i u G. wyszła mutacja genu, to po konsultacji z lekarzami z Genetyki miała zalecenie przeprowadzenia histerotomii, którą przeprowadziła, ale okazało się, że guz już był i ma raka. Dwa lata temu. Przeszła już dwie chemie,  a teraz hajpeka. Z nadzieją na jutro… Nasze sytuacje są bardzo zbliżone; zachorowałyśmy w tym samym wieku na to samo, tyle że miałam ciut więcej szczęścia, bo dane mi było po pierwszej chemii mieć 6 lat spokoju. Względnego oczywiście, ale wiecie, że był. W końcu jestem tu już prawie 12 lat i skorupiak nie był obecny w każdej notce ;p Raki są różnorakie, czasem niuanse (plus, minus, stopień, etc…) robią kolosalną różnicę. I wciąż niezbadane jest, dlaczego jeden pacjent lepiej lub gorzej reaguje na lek, niż drugi. Pacjent nie skorupiak.

Piszę o tym, aby dać różne świadectwa z realnego życia ze skorupiakiem. Odczarować. Oswoić. Przybliżyć. Uwrażliwić.  Czasem jedno słowo usłyszane lub przeczytane potrafi przerazić, sparaliżować, odebrać logiczne rozumowanie. Tak, jak u tego Pana ze szpitalnych korytarzy. I napędzić kołowrotek strachu, który i tak już został uruchomiony. Oswojenie tematu, wiedza, potrafi być konstruktywna. Ja to wiem doskonale.

********************************************

Pierwsza noc w mieszkaniu nie przyniosła snu. Miałam nawet  nocną propozycję  dostania w „ep” i pójścia spać, ale wybrałam ( z zalecenia najlepszej wiejskiej lekarzyny ) pół tabletki. Najpierw musiałam ją znaleźć 😉 Spałam trzy godziny…No cóż, widocznie w szpitalu wyspałam się po wsze czasy…;D  Zaś moim pierwszym domowym posiłkiem były kołduny w zestawie z zupą pomidorową 🙂 Do tej pory jadłam tylko w rosole lub barszczu czerwonym, ale pomidorówka również ogarnia temat 🙂 Rosół był na drugi dzień.

Popołudnie spędziłam z Miśkiem, który obkupiwszy mnie w aptece, pojechał do domu na wieś. Miodobranie mamy, choć- po likwidacji pasieki- hucznie to brzmi; pojechał pomóc Dziadkowi. Za to do DM przyjechała Tuśka, która wieczorem poleciała spotkać się z koleżankami z liceum. Trzymają się wciąż razem. A potem przyszła PT. Myślałam, że cały dzień pełen wrażeń mnie zmorzy, ale sen nie nadchodził i około godziny drugiej się poddałam… zaleceniom. Wszak ja zaufanie do lekarzy mam, a do niektórych to nawet i więcej, bo ich kuham 🙂 W sobotę zaś: wymarzone kurki z plackami ziemniaczanymi 🙂

13867130_1222377687773326_1720337639_n

A potem kolejna nieprzespana do końca noc. Z bólu. Podejrzanego z przejedzenia 😉 Umówiona z PT na lody, zrezygnowałam z lodów.  Z sushi na razie też. Ale! Na polepszenie nastroju, wyskoczyłyśmy autem do centrum kupić Mam ładowarkę  do komórki, bo jej padła, a Mam nie pamięta PIN-u. A ja miałam plan: BUTY! Upatrzone, dzień wcześniej w necie,  bo mi Tuśka je pokazała. Zajęło nam to raptem pół godziny. Wprawdzie pani ekspedientka spytała się, czy źle się czuję, co zgodnie z prawdą potwierdziłam, ale siedziałam jak królowa, a pani wraz z PT mnie obsługiwały. Ten zakup to tak na depresję ;P Wszak wciąż łykam sterydy, więc…

Do domu przywiózł mnie OM w niedzielę około 20. Tuśka już w nim czekała. Sama. Pańcio padł po dwóch dniach spędzonych nad jeziorem pod namiotem 🙂 ( Mam fotorelacje). Wyściskanie musi poczekać do poniedziałku. Pańcio już dawno domagał się przywiezienia mnie do domu 🙂 Dom wysprzątany- zasługa Miśka. Radość z samego powrotu- ogromna. Własne łóżko! Pranie nastawione. Plany na poniedziałek pod kątem Pańcia, i li tylko. Do środy. Bo w środę znowu do DM.

Miłego!

&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&&

02.08.

Pierwszy, poszpitalny  cały dzień domowy zdominowany Pańciem- razem pięć godzin, w  tym ze trzy spędzone u LP 🙂  Popłakałyśmy sobie, bo jak to LP, nie może przeżyć, że ja muszę tyle przechodzić i kolejny raz usłyszałam: mogłabym choć raz ja, zamiast ty…Taka jest ta moja LP!

Dzień mnie radośnie wymęczył, bo Pańcio stęskniony prawie mnie nie wypuszczał ze swych „objęć” 😀 A kiedy już oboje się mościliśmy na kanapie, by odpocząć, to wróciła Tuśka z pracy, z czego Pańcio zadowolony nie był 😉  Za to wieczorem padłam i szybko zasnęłam. Dziś powtórka 🙂