Planowanie polowania…

Na Doktora. Sklęsło ( prawie) w zarodku.

Wczoraj, w czasie długiej rozmowy z PT, o tym i owym, kiedy rozmowa zeszła na główny tor, usłyszałam: podaj mi nazwisko tego doktora. Jak to ja- totalna lebiega w zapamiętywaniu personaliów- zapamiętałam tylko, że jest na „W” i, że  w nim chrzęściło. Ale! Od czego jest net. Już po chwili wiedziałam. PT chciała mieć pewność, więc kazała mi szukać zdjęcia. Ha! Trafiłam na artykuł, który głosił, że p.Chirurg ( na zdjęciu wraz ze swoim ordynatorem) uratował życie pacjentce z 12. centymetrowym guzem. Jak nic, mój ci on- Doktor! Potwierdziłam tożsamość. Znalazłam też namiar na klinikę prywatną p. Doktora, w innym, pobliskim mieście. Plan był taki, że czekam na telefon ( PT już chciała działać wczoraj, ale pohamowałam jej zapędy), potem dzwonię ja, daję znać PT, a sama z OM ( to wyszło dziś) jadę do tej kliniki, po uprzednim upewnieniu się, czy i kiedy zastanę w niej Doktora.

I wszystko sklęsło.

Zadzwonił telefon ( 10 minut temu). Sam p.Doktor  poinformował mnie, że 17 (w niedzielę) mam przyjęcie do szpitala. Operacja niekoniecznie w poniedziałek może we wtorek, bo mają transplantacje, ale p.Doktor chce  mieć mnie  na oddziale wcześniej.

Najwyższy czas! Ulżyło, nie powiem. Powoli napięcie opada. Nie chcę myśleć o czasie. O zmarnowanym czasie. Jego skutkach. Co będzie, to będzie. Odliczanie się zaczęło 🙂

Dziękuję za kciuki. Możecie zrobić przerwę 😉

 

Reklamy

Obok mnie…

Mam wrażenie, że stoję z boku. Życia. Własnego. Ono się toczy, ale gdzieś obok mnie, a ja od czasu do czasu zerkam na nie, przyswajam- lub nie- wiedzę, ale tak powierzchownie, jakby nie mnie dotyczył temat. Z drugiej strony, odczuwam nad sobą klosz ochronny. Wcześniej bym się burzyła, nie pozwoliła, a dziś…Nie, nie jestem wdzięczna, ale nie reaguję…

Pewne komplikacje, dotyczące moich Bliskich, powinny mnie poruszyć, zdenerwować, a wywołały tylko smutek. I żal.  Uczucia, które co chwilę spycham, gdzieś tam na dno. Nie zaczynam rozmów, nie dociekam, nie komentuję. Stoję obok. Nie obojętnie, ale…chyba bezradnie. Ktoś zniknął z horyzontu uczuć, ktoś ważny, ale nie dla mnie. Ja tylko lubiłam, akceptowałam, przyzwyczajona do myśli, że…Z drugiej strony, liczyłam się, że może się tak stać, nawet wcześniej, zanim pojawiły się sygnały… Tyle że, ktoś wybrał bardzo, bardzo zły moment. No cóż, rozstania są wkomponowane w życie…

Mój koperkowy las został wycięty. Dochodzenie- pytanie do OM- doprowadziło do sprawczyni-Cioci. Czemu jej przeszkadzał? Nie wiem. Zrobiło mi się szkoda, i tyle.

To już ostatnie czereśnie z ogrodu- pyszne, jak twierdzi Pańcio, który jako jedyny potrafi we mnie wskrzesić energię w ostatnich dniach 🙂 Przy nim nie da się stać obok. Ani smęcić. Swoisty katalizator na rozrzedzenie zapachu stresu. Wyeliminowanie go na jakiś czas 🙂

Deklaracja na tysiąc procent…

Nie chciała góra…to Mahomet…Nie, nie dzwonił, bo jakby miał gdzie, to już dawno by dzwonił. Proste. Ten, kto mnie zna, wie, że bezczynnie nigdy nie siedzę. Po prostu, znając realia, wiedziałam, że nawet znajdując telefon na skierowaniu lub w necie, to panią Profesor w gabinecie w Poradni Onkologicznej  mogłabym złapać tylko w poniedziałek; a w poniedziałek, to ja jeszcze „spokojnie” czekałam…do środy. Bo  logiczne dla mnie było, że telefon z terminem na ten tydzień co mija, musiałby być najpóźniej w środę- stąd ten czwartkowy post.

Ale! Do rzeczy… Już w czwartek wieczorem wiedziałam, że pojedziemy z OM do DM, osobiście złapać p. Profesor- jak się uda to jeszcze przed konsylium, a jak nie, to po nim. Udało się przed i odbyłyśmy uśmiechniętą rozmowę: a że nie dalej jak wczoraj rozmawiała ze mną z Chirurgiem, który wcześniej zwiał na urlop, i że problem jest z salą, bo ja potrzebuję co najmniej jeden dzień przebywać sama samiuteńka (chyba dlatego, że będę tablicą Mendelejewa ), że leki dla mnie już są. Po czym stwierdziła, że za półgodziny, góra 45 minut zjawi się na konsylium p. Chirurg i porozmawiamy we trójkę.  Nakazała mi iść na kawę i wrócić o umówionej godzinie; poszłam na jagodziankę i butelkę mineralnej, bo nie mieli kapturka na kubki do kawy ;). Wróciłam 15 minut przed czasem i…kwitłam. Mój Chirurg się nie pojawił na konsylium, a p. Profesor  utkwiła tam na dobre dwie godziny. Przeprowadziłam wywiad zwiadowczy, dorwawszy Koordynatorkę, która czasem opuszczała salę, gdzie odbywała się „burza mózgów”, i dowiedziałam się, że jak mam czas, to lepiej, żebym poczekała. Ha!  Kto, jak nie ja…? Taaa… Już  wszystko mi jedno było, ile tam jeszcze tkwić będę, choć przeczuwałam, że będę czekać dla samego czekania.

Pani Profesor na wstępnie mnie przeprosiła, że mnie zatrzymała, ale liczyła, że w międzyczasie złapie Doktora- niestety, najpierw był na zabiegu, a zaraz po nim zwiał do domu, chyba. W każdym razie, z racji tego, że p. Profesor od poniedziałku idzie na urlop i przez dwa tygodnie jej nie będzie ( lecz się człowieku w okresie letnim! ), to przekazała sprawę w  ręce innej lekarki ( przy mnie) i pani koordynatorki ( przy mnie), mówiąc: na pewno, na tysiąc procent będzie operacja w przyszłym tygodniu. W poniedziałek mają dzwonić, a jak nie, to ja mam dzwonić- dostałam numer do koordynatorki, żeby w razie czego była komunikacja zwrotna. Pani Profesor nie podała swojego numeru z przyczyn oczywistych- będzie na urlopie.

Nie myślę! Zwalniam się od czekania na dwa weekendowe dni. Jestem zmęczona. Nie, wiem dlaczego również fizycznie, ale tak jest. Na dokładkę, bo przecież,  jak się musi pieprzyć, to hurtem-  dzieje się… I gdyby nie skorupiak, to i tak miałabym czym się martwić, a przynajmniej smucić. Tak że tak.

Miłego! 🙂

W napięciu…

Wcale nie jest łatwe szukanie pozytywów, w sytuacji, kiedy telefon milczy jak zaklęty, kolejny dzień…W tej sprawie. Już wiem, że termin „od do” jest nieaktualny, bo technicznie niemożliwy, nawet jeśli telefon zadzwoniłby dzisiaj. Jedynym plusem jest to, że skończę czytane tomisko i  jego ciężar nie będzie mi ciążył- w walizce.  Czytanie też wcale nie jest łatwe, bo  oczekiwanie w napięciu, uniemożliwia skupienie się i przeżywanie całą sobą. Nie chcę uronić ani jednego słowa, bo na kartach powieści intensywnie buzuje życie, i kiedy uda się w nie wejść, zatopić i poczuć, nic więcej się już nie liczy- tylko przeżywanie.

Do pozytywów zaliczę twardy, długi sen, bez snów. O dziwo. Może dlatego, że to właśnie noc przynosi ukojenie i wyzwolenie się z kajdan oczekiwania. Jeszcze nigdy żadne czekanie mnie tak nie  zniewoliło, jak to teraz. Czuję, jak powoli ogarnia mnie apatia. Niewiele trzeba, by ulec pokusie zanurzenia się w cichą, spokojną, przyjazną  otchłań obojętności.

Podobno ból to dowód życia…

Sprawa gaci na wietrze*…;)

Może się narażę swoją bezwzględnością w tej materii, a mianowicie: jestem absolutnie przeciwna swobodnemu powiewaniu gaci, tudzież innej odzieży i nie tylko, na balkonowych sznurkach. Kłóci mi się to z moim pojęciem estetyki. Mieszkałam prawie pół życia (tego piękniejszego, bo młodszego i zdrowszego ;)) w bloku w dwupokojowym mieszkaniu z balkonem (loggia), z niewielką łazienką, i  moja Mam  nie wywieszała  prania na balkonie. Nie mieliśmy tam odpowiedniego sprzętu: sznurka, liny, czy stojącej lub wiszącej suszarki. Pranie wisiało w łazience nad wanną. Do czasu, gdy się wyprowadziłam. Potem Mam zrobiła z mojego pokoju sypialnię i w niej  postawiła suszarkę. Też do czasu, bo teraz suszarkę ma w Tuśkowej kawalerce, czyli mieszkaniu obok. Pralkę zresztą też.

Wyprowadzając się na wieś i mieszkając rok u Teściowej, która posiadała na dworze sznurki do wieszania prania, skorzystałam z tego ustrojstwa, wieszając wyprane Tuśkowe pieluchy, które swoją nieskazitelną bielą (gotowałam w płatkach mydlanych) stały się sensacją na wsi. Przez tą biel właśnie, prawie mnie wytykano palcami, a na pewno byłam na wielu językach ;). Szczególnie że pieluchy wiszące na podwórku u pewnej pani ze służby zdrowia, bardziej przypominały stare niedoprane ścierki. Podejrzewam, że to (jazgot  wiejskich bab) było zaczątkiem pewnych animozji z jej strony wobec mnie, niczemu niewinnej, i nie wiedzącej w czym rzecz, bo dowiedziałam się jak zwykle po czasie…Ale! Do rzeczy…Oprócz pieluch, wieszałam tylko ubranie robocze OM z budowy naszego domu. Pozostałych rzeczy zwyczajnie było mi szkoda, bo albo brzoza pyliła, albo ptak obsrał, albo spadło ze sznurka, deszcz zmoczył…O gaciach nawet nie pomyślałam…I nawet nie chodzi mi o to, że obcy widzą, ale dla mnie samej widok powiewających gaci na wietrze, jakoś nigdy nie  przypadł do gustu ;D.

Przeprowadzając się do swojego domu, mogłam  zamontować suszarkę w miejscu niewidocznym z ulicy i suszyć pranie na dworze,  Na początku nawet tak było, oczywiście tylko jakieś pojedyncze sztuki, ale szybko zrezygnowałam. Łazienka z pralką na górze, więc szybko odechciało mi się biegania po schodach. Szczególnie że te pojedyncze sztuki najczęściej nocowały na dworze, zapomniane…A co ja się naganiałam, to moje- dlatego całym sercem jestem za parterowymi domami! Szybko się z tego wyleczyłam. Suszarka na pranie przez całe lata stała w holu na górze. Z wygody, bo pod ręką. Teraz (odkąd Tuśka z nami nie mieszka) garderobę, suszarnię i prasowalnię mam w starej sypialni.

Tuśka wybudowała dom (parterowy!), w  którym z jednej łazienki jest  przejście do pralni i tam suszy rzeczy rodziny. Czasem otworzy drzwi od pralni na zewnątrz i wpuści świeże powietrze, ale tak jak ja, czy Babcia, nie suszy gaci na wietrze ;).

Zawsze mnie intrygował widok wywieszonego prania, zasłaniającego cały widok z okna; co wcale nie jest takie rzadkie, wystarczy przejść się po osiedlach. Co tych ludzi inspiruje, że właśnie tak, a nie inaczej wywieszają pranie. Siedzą później w pokoju i co spojrzą, to widzą…swoje gacie. No dobra, czepiam się, jakaś koszula czy spodnie też się znajdą. Intryguje, bo nie wiem, co ich do tego skłania. Ja się dawno temu pozbyłam firan, żeby żadne „szmaty” mi nie przysłaniały widoku za oknem. Fakt, nie każdy ma tak zielono, jak ja. Ale! No nie uwierzę, że widok własnych gaci, nawet najpiękniejszych, najczystszych  i pachnących świeżością, jest widokiem pożądanym na co dzień. A już kompletnie nie rozumiem, dlaczego tym widokiem katują innych! Dlatego ja mówię stanowcze nie!- dla gaci na wietrze!;)

 

* Temat się wziął, bo gdzieś mi w oko wpadło, że jakiś, bodajże burmistrz, chciał wprowadzić zakaz wywieszania prania na balkonach, za oknami; a ja chciałam zająć myśli i skierować je na lżejsze tory ;D Bo w sumie, tak naprawdę, to choć zadzieram często głowę do góry, to patrzę w niebo, a nie w obce okna czy balkony :). I mi powiewa, co i gdzie tam komuś… powiewa ;p

Spuszczone z łańcucha…

Uwalniane, coraz częściej  zapuszczają się na bezdroża z krajobrazem zgliszczy. Pędzą z szybkością karabinku maszynowego, nie bacząc na tych, co po drodze. Nie po raz pierwszy, nie są nowością. Jednak przez ostatnie lata ze sporadyczną częstotliwością. Trochę kontrolowane, trochę z powodu braku przyczyny. Podejścia. Umiejętności zapanowania nad galopem w meandry nieprzyzwoitości. Wyciszenia. Spojrzenia z innej perspektywy.

Jednak czasem wystarczy iskra…I nie ma, zmiłuj się- jest wybuch! I co z tego, że masz rację, jeśli potem żałujesz. Tego, co i w jaki sposób…słów…zdania.

Umiejętność głoszenia prawdy bywa sztuką.