Lżejsza o torbę…

Właśnie wróciłam ze zdjęcia drenu  z pokaźną torbą 🙂  Lżejsza. Dwa szwy na żywca, podobno mniej pobolą niż zastrzyk znieczulający minus mokre gacie. Gacie mnie przekonały- mokrych nie chciałam mieć- choć nie wnikałam w szczegóły. Dałam się wziąć żywcem. Pan Chirurg usłyszał, że jest „boski”, na co odpowiedział, że tylko „prawdomówny” 🙂

Jutro do domu. Najwyższy czas!

To nic, że obolała, ale mam nadzieję, że bólowo zabezpieczona będę, przez  poradnie, bo mają skonsultować się przy wypisie z Doktórkami.

Od wczoraj wieczór mam Współspaczkę. W wieku mojej LP,  zachorowała dwa lata temu; Genetyka, prawie to samo, tyle że bez pierwszego członu mojej historii ze skorupiakiem. Już wcześniej Panią kojarzyłam spod gabinetu p. Profesor, więc spodziewałam się naszego spotkania, jak usłyszałam, że kolejne operacje ( razem trzy) w planach. Jest ok…tylko że, wiecie, jak p.G. rzyga, to ja mam torsje…ech…Maskara jakaś.Uciekam na korytarz, albo do toalety- gdzie szybciej.

Chcę do domu, a konkretnie najpierw do mieszkania…Raczej.

Miejcie się:) Moje komórki ospałe, sflaczałe…;p Każdy wysiłek intelektualny, to…szkoda gadać…

P.S. kurki w śmietanie z plackami ziemniaczanymi mi się marzą…tylko czy dałabym rade zjeść? Ale pomarzyć mogę ;p