Wciąż w niewiedzy tkwię…

Odnośnie leczenia.

Nasiedziałam się tylko i nabawiłam bólu głowy- pewnie z głodu i pragnienia. OM wraz z butelką wody odjechał w siną dal- tak mu nakazałam; o wodzie zapomniałam. Po co miał tkwić przy mnie całkiem nieużyteczny- bez sensu! Usiadłam w kolejce pod gabinetem i spokojnie czekałam na swoją kolej. Czas mijał, aż w którymś momencie drzwi się otworzyły i ukazała się p. Doktor, chcąc pewnie na chwilę opuścić gabinet, ale ujrzała mnie, więc szybko się cofnęła, aby znowu się pokazać ze skierowaniem w ręku. Wręczając  mi wraz z ostatnimi wynikami ( marker niski, jak to u mnie), poinformowała mnie, że dziś ( wczoraj) miedzy 12-13 mam się zgłosić do p. Profesor. Było za dwadzieścia minut 12., więc zadzwoniłam do OM, że biorę taksówkę i jadę w drugi koniec DM do szpitala. Mimo że Pan Taksówkarz podwiózł mnie pod sam budynek G, to i tak najpierw zwiedziłam dwa miejsca zanim dotarłam pod właściwy adres. A tam dowiedziałam się, że p. Profesor ma konsylium.  Gdy zobaczyłam tłum pacjentów, to miałam ochotę zwiać. Jednak kiedy z gabinetu, w którym odbywało się konsylium wyłoniła się koordynatorka, to wyłuszczyłam jej z czym i dlaczego przyszłam, prosząc o informację, czy zostanę przyjęta. Wzięła ode mnie  skierowanie i obiecała, że poinformuje p. Profesor, a ja mam czekać. Czekałam, czekałam, aż się doczekałam bólu głowy. Przypominałam się ze cztery razy. W końcu, po dwóch godzinach, dowiedziałam się, że dziś ( wczoraj) nie zostanę przyjęta bo za dużo pacjentów ( co ja stwierdziłam zaraz po przyjściu) i mam się zarejestrować na poniedziałek. Rejestracja w innym budynku; całe szczęście, że w kierunku wyjścia z terenu szpitalnego. Podchodzę do okienka, a tam Pani na pudłach. Pełna wątpliwości podaję skierowanie i dziwię się, że jednak Pani nie pilnuje tylko pudeł, ale też rejestruje. Za chwilę informuje mnie, że nie ma mnie w systemie, cokolwiek to znaczy. Ja nie widzę problemu, ale system już tak: nie ma w nim mojego miejsca zamieszkania- nie istnieje! Pani bezradnie rozkłada ręce, bo system  nie przepuści dalej bez wklepania adresu. Wpadam na pomysł i podaję adres w DM. Pani się ściesza, a system przepuszcza. Nie komentuję, bo to jakiś absurd. Ważne, że jestem zarejestrowana, choć kartę pacjenta założą mi dopiero w poniedziałek, a pani oddaje mi moje skierowanie, obawiając się, że u niej może się zawieruszyć. Pudła zabiera do domu na weekend, bo od poniedziałku rejestracja ma  być w budynku G a nie C. Dlatego też mam się zgłosić na dwie godziny przed wizytą. Z kanapkami i kubasem kawy.

Dotarłam do Mam i wtrząchnęłam najpierw tabletkę przeciwbólową, a potem cały obiad i popiłam kawą. Prawie odżyłam. Po godzinie z hakiem zjawił się OM, który też został nakarmiony i przebijając się przez korki wyruszyliśmy do domu.  W domu Misiek i zamontowane  nowe drzwi do toalety na dole. Nareszcie się nie zamykają same, więc nie będą mnie walić w  tyłek, gdy na kolanach myję podłogę. 

Na dziś w planach ( długo przed terminem) miał być wyjazd na zaległe urodziny. Ale! Fizycznie siły mnie opuściły i perspektywa kolejnych kursów do DM, też dorzuciła swoje. Wprawdzie OM wyrywnie zadeklarował, że mnie zawiezie, co w innych okolicznościach przyjęłabym bez mrugnięcia i z uśmiechem. Ale! On też już pada na twarz z braku snu i odpoczynku. Jednak przede wszystkim wizja własnego kocyka i łóżka przeważyła, o czym szczerze i uczciwie poinformowałam ” przechodzoną ”  szanowną Jubilatkę:) ( Dzisiejsze od rana zasmarkanie i drapanie w gardle, przypieczętowało, by decyzji nie zmieniać).  I dostałam rozgrzeszenie oraz  obietnicę, że będą pić moje zdrowie. Na zdrowie!

A wszystkim  życzę miłego weekendu 🙂

A że podziękowaniom  nigdy dość, to DZIĘKUJĘ 😀  Kciuki i dobre myśli muszą poczekać do poniedziałku. Może wtedy coś konkretnego się wykluje. Jak widzicie, na wszystko potrzebny jest czas. Nic nie dzieje się tak od razu, a w moim przypadku szczególnie. Choć jakby to nie zabrzmiało paradoksalnie, to ja wciąż niezmienne uważam się za szczęściarę. Pomimo…

I teraz tak po prostu…Każda literka, każde słowo jest bezcenne. Wasze. To Wasz czas podarowany mnie. I to jest piękne 🙂

Marne szanse, to też szanse…

W pierwszej klinice, która faktycznie jest nr 1 w DM, wszystko odbyło się z uśmiechem na ustach. Wielu. Czytać zaczęłam w windzie, a skończyłam na krzesełku w holu wyjściowym. Uśmiech znikł, ale w zamian nic się nie pojawiło. Pustka. Zamówiłam taksówkę i w czasie przemieszczania się do kliniki nr 2 spokojnie wysyłałam wieści, najlepiej bez odbioru; bo o czym tu pisać? Odbiór jednak był, więc spokojnie odpowiadałam: nie chciałam wywołać mylnego wrażenia, że wariuję. Bo nie wariuję. Nigdy przez te 17 lat nie wariowałam z powodu skorupiaka.

Pod gabinetem p. Doktor kolejka, więc zanim skopię tyłek skorupiakowi ( co zasugerowała Bliska), to mój kościsty będzie obolały od siedzenia. Wszak potem jeszcze konsylium…O ja naiwna! Przecież u mnie nic normalnie nie może się dziać. Nawet Panią Doktor mam najbardziej roztrzepaną z wszystkich doktorów razem wziętych 🙂 Doktor mnie przeprasza, bo nie ma swojej komórki, gdyż nastawiając budzenie, potraktowała ją jako budzik i nic więcej 😉 Została w domu, a w niej bezpośredni telefon do p. Profesor, która miałaby się ewentualnie podjąć piekielnego leczenia mojej skromnej osoby. Podejmuje próby oficjalnymi ścieżkami- bezskutecznie. Tak że p.Doktor kajając się, prosi o przyjście w piątek. Wysyła mnie jeszcze na markery, a moje wyniki  ma wziąć do domu- o ile nie zapomni 😉

Dzwonię do OM, że zostaję, więc nie bardzo słucham, co mówi. Za moment dzwonię, że jednak wracam, bo dociera do mnie, że OM tego chce. Dziś jedziemy razem, więc odpada jazda za kierownicą, która wczoraj mnie niebotycznie znużyła.

Pod drzwiami laboratorium dziki tłum. Stanęłam w stuporze ze skierowaniem w ręku, szukając wzrokiem, czy jeszcze na drzwiach wisi kartka z informacją, że taka jak ja,  to bez kolejki. Zanim się utwierdziłam, to p. Pielęgniarka wciągnęła, a raczej wepchnęła mnie do środka, śmiejąc się, że robi łapanki przed drzwiami. Rach-ciach  i krew spuszczona. Wracam.

Mam zatrzymuje mnie wizją obiadu. Muszę powiedzieć o wizji leczenia. Nie mogę dłużej ogólnikami, trochę ściemniając; do tego mogłam wykorzystać brak wyników. Obie trzymamy fason i się uśmiechamy. Trochę mnie rozwala telefon od Tuśki. Powtarzam sobie, że oboje z Miśkiem są już dorośli…Tyle że nigdy nie ma dobrego czasu…Myślałam, że da się przeciągnąć do lipcowej obrony Miśka. Ale czy w życiu jest tak, jak ktoś sobie umyśli? Rzadko.

Co wiem? Przede wszystkim, że bez leczenia to droga z biletem w jedną stronę. Boso. Jeśli p. Profesor (z innego szpitala) uzna, że mój przypadek nadaje się do leczenia, jakie ona wdraża, to będę leczona. Jeśli nie, to pozostaje leczenie standardowe, które nie bardzo się sprawdziło…

Dzięki, że jesteście:)

Wczoraj odpłynęłam, nawet nie wiem kiedy, a chciałam napisać co i jak. Dziś obudziłam się dwie godziny przed czasem, więc przed wyjazdem zdążę poinformować. Przykro mi, że nie są to dobre wieści. Paradoksalnie nie jestem rozczarowana, a właściwie inaczej: zaskoczona. W medycynie cudów nie ma. Ewentualnie mogą być pomyłki.

 

 

 

 

Gdy Baby się uprą…czyli gorąca linia…

Kiedy zadzwoniłam po godzinie 12. wyniku jeszcze nie było, ale Pani z Sekretariatu, powiedziała, żebym zadzwoniła za godzinę, bo koleżanka właśnie poszła do patologów. W międzyczasie zadzwoniła do mnie moja p. Doktor, żeby się upewnić, iż trzymam się jednej słusznej linii, a nie na ten przykład odpuściłam sobie…Powiedziałam jej, że dzwoniłam, ale raczej jutro się widzieć nie będziemy. Na co moja p. Doktor odpowiedziała, że wymyśliła dla mnie coś piekielnego, ale wiąże to się ściśle z wynikiem- którego nie ma! Dzwonię po 13. i słyszę to samo plus- abym zadzwoniła jutro. Jutro to będzie futro! Kolejny raz tłumaczę, że o cały tydzień, kolejny raz przesuwa mi się komisja. Spokojnie, bez żalu, bo to nie tych Pań z Sekretariatu wina, ale pozwalam sobie na zasugerowanie, czy będę miała gwarancję, że w poniedziałek wynik już będzie, czy może w cudzysłowie, moje guzy się gdzieś zawieruszyły. Innymi słowy, czy takie długie oczekiwanie, to norma czy raczej nie. Nie. Pani  z Sekretariatu prosi bym zadzwoniła za pół godziny, a ona zadzwoni do patologów z zapytaniem, jak daleko są z moimi wynikami. Po upłynięciu więcej niż pół godziny dzwonię i słyszę: nie ma. Ale też słyszę jak druga Pani mówi odbierając słuchawkę poprzedniej i przepraszając za koleżankę, że będą dziś o 15., tak jej obiecano. Informuję Panią, że odbiorę  jutro z samego rana, na co słyszę: Ale nie będzie miała pani do mnie pretensji, jeśli ich nie będzie, bo wprawdzie mi obiecano, ale…Nie- odpowiadam- najwyżej się przejadę.  I nagle słyszę radosne:SĄ!!! I Pani mówi, że prosiła o przysłanie faksem, jak tylko będą. Jeszcze nie wierząc, pytam się, czy na 100% odbiorę je rano. Słyszę z ogromnym uśmiechem: na 1000%. Dziękuję bardzo i w radosnym tonie, obie się z Panią żegnamy.

No to się jutro moja p. Doktor lekko zdziwi. A może nie.

A ja za chwilę się pakuję i jadę do DM. Sama. OM się chciał doczepić, ale odmówiłam. Dopóki mogę sama, to szkoda jego czasu i…zdrowia 😉 Już prawie pewny był jutrzejszy wyjazd  z Tuśką w zupełnie  w przeciwnym kierunku, ale jak widać plany uległy zmianom. Jak to u mnie najczęściej bywa. Przywykłam.

Pomyślcie o mnie jutro ciepło 🙂 Będę się stresować, bo komisja to nie bułka z masłem. Tam trzeba się zmierzyć z tym, co na co dzień niekoniecznie zaprząta moją głowę.

I przyszedł poniedziałek…

W niedzielny wieczór, kiedy to oko już mi się przymykało, przebiegająca przez głowę myśl, uświadomiła mi, że przez cały weekend udało się nie myśleć, tylko celebrować lub delektować się daną chwilą. Ale nie, żeby tak całkiem bez stresu, słodko, pachnąco i smacznie. O nie!

W sobotę pojawili się panowie z profesjonalnymi rusztowaniami. I zaczęli je rozkładać. W kanonadzie stukających dźwięków dochodziły mnie też ich głosy: kur..aaa, mam to wyjeb…płaci mi na godzinę, i takie tam inne cha …Moje czyste okno szlag trafił, bo skręcając rusztowanie sypało im się niewiadomoco i niewiadomodlaczego. Pan Właściciel – profesjonalny alkoholik, któremu ręce się trzęsły jak galareta- nadzorował z dołu swoich pracowników, ponaglając, bo nie mógł doczekać się zaliczki, którą Misiek miał mu przekazać po skończeniu, bo tak przykazał wyjeżdżający OM na jubileusz swojej szkoły. Panowie skończyli kole 15. i nastała cisza. Krótka. Do akcji wkroczył Tata, wciągając w to Miśka…Misiek uwolniony po godzinie zajął się obiadem, a Tata- Dziadek wciąż na wysokościach, przyprawiając mnie o nerw, walił, stukał, wiercił…Nawet grzmoty i błyskawice go nie wzruszały. Lunął deszcz, a Tata- Dziadek zszedł piętro niżej rusztowania i skrył się pod wąskim podestem, na co my z Mśkiem parsknęliśmy już śmiechem, bo żadna to osłona…Chyba zrozumiał to, więc zszedł niżej i schował się do kotłowni. Burza minęła, ale wciąż padało, choć już nie tak intensywnie, więc wrócił na wysokości, czym mnie jeszcze bardziej zdenerwował, bo na mokrym rusztowaniu można się pośliznąć przecież. W międzyczasie obiad był już gotowy, w większości dzięki Miśkowi (ja tylko przyprawiłam mięso i pokroiłam dwa składniki wieloskładnikowej sałatki), więc wyszłam mimo deszczu na zewnątrz, zadarłam głowę do góry i ryknęłam: złaź natychmiast, nakarmić cię chcemy. Zlazł. Na pytanie, dlaczego w ogóle tam wlazł i dlaczego w deszczu, usłyszeliśmy, że: musi opracować metodę, zanim przyjadą jego pracownicy; takie wchodzenie i schodzenie to jest dobry fitness; deszcz mu nie przeszkadza, bo przynajmniej jest chłodno. Po obiedzie wlazł z powrotem. Odetchnęłam z ulgą, jak w końcu zlazł i pojechał do siebie. Niedzielny poranek przywitał mnie dźwiękami dochodzącymi z…dachu…Tata- Dziadek dalej opracowywał plan…Całe szczęście, że kole 14. pojechali z Miśkiem już do DM, a ja mogłam spokojnie leżakować (bez wizji spadającego rodzica) na tarasie oddając się lekturze. Jestem w połowie ” małe życie” i już mogę gorąco polecić! Moje błogie leżakowanie przerwał OM, który wrócił i zajął się korespondencją, w której była wiadomość o planowanej kontroli ZUS-u. Jeszcze nie skończyła się już ponad dwuletnia kontrola US, a mamy kolejną. Takie to życie przedsiębiorcy. Małego 😉 Jak na razie nie wiemy, jakie lata ma objąć, bo w piśmie jest napisane, że OM ma się zgłosić telefoniczne w sprawie ustalenia szczegółów.

Niby to normalność, ale…To nie jest dobry czas. Zbyt dużo spraw się nawarstwiło, które OM musi ogarnąć. Sam.

I niech mi ktoś powie, jak żyć z zaleceniem lekarskim: zero stresu? Nie da się!

Telefon kilka minut po 12. przyniósł spodziewaną się odpowiedź: nie ma! Podobno się tak zdarza, tylko jak to ma się do szybkiej ścieżki? Jeśli jutro i pojutrze usłyszę to samo, to o kolejny tydzień przesunie się moje spotkanie z komisją.

27 lat temu…

Tyle że nie 4 czerwca a 10, z całym moim osobistym i Tuśkowym majdanem, przeprowadziłyśmy się na wieś. OM właśnie skończył dziesięciomiesięczną służbę wojskową ( obowiązkową) nie awansując na stopień oficerski, tylko pozostając kapralem jako jedyny z rocznika- z czego jego dwie damy, szczególnie ta starsza była bardzo dumna, bo mając bezpośrednie spotkanie z ówczesnymi trepami ma do dziś traumę i awersję do wyższych stopniem i tym samym ucinając sobie drogę do kariery w wojsku. I chwała ci…!  Ale! Do rzeczy… OM wrócił i mógł spokojnie zająć się budową naszego domu, którego fundamenty i piwnice już stały.  Na rok zamieszkaliśmy u jego Rodziców. Jak się mieszka z teściami, szczególnie synowej, to każdy może sobie wyobrazić. Nie było źle, bywało dobrze, jedyne co mnie przeszkadzało, to niemożność mówienia tego, co się tak naprawdę myśli. Nauczona z domu mówić wszystko bez ogródek, często gryzłam się w język, bo obawiałam się, że źle zostanę zrozumiana. Dlatego, kiedy po roku mieszkania, już na finiszu, zaiskrzyło z śp. Teściem, to spakowałam plecak i zabrawszy  Tuśkę poszłam na stopa; dojechałam do Miasteczka, a tam w taksówkę ( za 50 dolarów, bo nie miałam innej, ani więcej  kasy) pojechałyśmy do DM. ( OM  w tym czasie wracał naszym autem i z naszymi Przyjaciółmi z DM- nie było telefonów komórkowych, żeby go powiadomić, więc minęliśmy się na trasie). Efekt mojej „ucieczki” był taki, że po dwóch tygodniach wróciłam już do własnego domu 🙂 Mój Tata, OM i fachowcy uwijali się jak mrówki 🙂 Kilka dni temu wspominaliśmy, jak walczył z zachlapanymi przez szwagra Taty kafelkami, które zakupione w Pewexie, były chyba najdroższą inwestycją w całej kuchni 😉 Już miał je zbijać i odkupować od PT- która wtedy już od lat była naszą Przyjaciółką, choć jeszcze nie Terapeutką- bo również takie posiadała, zakupując z myślą, że może kiedyś, gdzieś…( symptom czasów). Jednak dał radę, choć kosztowało go to sporo wysiłku i czasu oraz pewnie naklął się jak nigdy w życiu…Ale! Do rzeczy…

Bo ten post miał być polityczny, bo wbrew temu, co wielu mówi i sądzi, polityka odgrywa dużą rolę w naszym życiu. Gdyby wydarzenia z 4 czerwca 1989 roku nastąpiły rok, a właściwie dwa czy trzy lata wcześniej, to żadnej przeprowadzki na wieś by nie było. Dalej szukalibyśmy albo już zakupilibyśmy działkę pod budowę w DM, planując życie w mieście a nie na wsi. Tak, gdyby przemiana ustrojowa nastąpiła te kilka lat wcześniej, to nie zgodziłabym się na zamieszkanie na wsi. Czy żałuję? Tak, zawsze w pewnym sensie będę żałowała tej decyzji. Z różnych powodów…Moi najbliżsi, moi przyjaciele pukali się w głowę i załamywali nade mną ( i sobą) ręce 😉 PT, która sama wychowała się na wsi, twierdziła, że nie dam rady…I miała rację: nie dałam rady zasymilować się ze społeczeństwem. Wciąż, po tylu latach jestem outsiderką, nieprzejmującą się, co o mnie mówią lub myślą. Zaprzyjaźnioną tylko z jedną rodziną, mającą jedną koleżankę…bardziej dalszą niż bliższą.

Ale! Do rzeczy… Wprawdzie ze strony prawicy, tej rządzącej już nic mnie nie zdziwi, to jednak jest to jakiś chichot historii, że w tej chwili, to co się działo przy okrągłym stole, jest dewaluowane przez nich. Nikt nie zaprzeczy temu, że to nie były całkiem wolne wybory (ale wykorzystane w stu procentach), że nie wszystko się udało, że można byłoby lepiej, mądrzej i szybciej… Że przede wszystkim, nie wszystkim, mimo szans, jakie przyniosło życie, się udało, co spowodowało rozwarstwienie społeczeństwa.  Jednak potępiać wszystko w czambuł- to jakieś szaleństwo. Bo jednak z perspektywy tych lat, wiele się udało, i dziś żyjemy w całkiem innej Polsce.  Niech nie świętują, jeśli nie chcą, ale niech nie piszą nowej historii, bo przekaz nie tylko idzie do narodu, ale i w świat.

Chichotem również jest to, że po tylu latach znowu mamy reżimową propagandową publiczną telewizję, w której artyści próbują coś przekazać społeczeństwu. Tak jak Maciej Sthur na Telekamerach 2016, czy wczoraj Kuba Sienkiewicz w Opolu, dokładając zwrotkę do starej piosenki:

Już tylko Kiler, 
Polska w ruinie 
Siedzę na minie 
Kiedy to minie? 
Same zakręty 
Kiler wyklęty 
Kiler skazany 
Na dobre zmiany 
Czy to dla sportu 
Lepszego sortu 
w tej kategorii 
nowej historii 
jak naród Polan 
powstaje z kolan 
i łuk triumfalny

Czwartego czerwca 1989 roku, czy ktoś chce, czy nie, pojawiło się światełko w tunelu, które przez kolejne lata rozbłysło. Niewykorzystane w stu procentach, ale na pewno niezmarnowane. Osobiście nie uważam, żeby ten dzień był świętem państwowym, czczonym odgórnie. Ale uważam, że warto pamiętać, że był to dzień wielkiego przełomu, który zapoczątkował ogromny sukces Polski.

Ostatnio wpadały mi w ręce książki, w których czas wojenny albo powojenny był kanwą narracji. I choć to wszystko już znane, nieobce, to jednak wciąż wywołuje duże emocje. A narodowy socjalizm kojarzy się z jednym: ze złem. Dlatego z obawą spoglądam, że wśród młodych  coraz bardziej dominuje skrajna, twarda prawica- Obóz Narodowo- Radykalny. Wystarczy poczytać ich komentarze lub to, co udostępniają i…najczarniejszy scenariusz jest całkiem możliwy. Brak reakcji i ciche przyzwolenie rządzących, nie wróży niczego dobrego.

Ten dzień powinien łączyć, ale  jak to bywa z naszymi rodakami, to co ma łączyć, przeważnie dzieli. Możemy różnie oceniać te 27 lat, bo punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ale nikt nie powinien odwracać się plecami do tego dnia, a szczególnie ludzie, wybrani przez suwerenna (tak często odmienianego przez wszystkie przypadki) do rządzenia i reprezentowania nas.

W stanie zawieszenia…

Tkwię. Wyniku wciąż nie ma, więc kolejny tydzień upłynie, zanim stawię się przed komisją. Ani za bardzo mnie to nie martwi, ani nie cieszy. Zwyczajnie przyjmuję na klatę stan rzeczy, i już! Zwyczajnie, bo to taki a nie inny etap choroby…Z drugiej strony, nie powinno się czekać tak długo na wynik, niezależnie od tego, jakie są oczekiwania czy plany. Paradoksalnie, w moim przypadku widmo „za późno” mi (chyba) nie grozi. Przypomnę, że walka z tym skorupiakiem zaczęła się osiem lat temu w sierpniu.

Tkwię również w środku placu budowy, bo OM wpadł wir naprawiania wszystkiego, co może p. Tomek- nasz fachowiec- naprawić; a ten ochoczo bierze się za wszystko, co zleceniodawca wymyśli. Szkoda, że ta ochota nie przekłada się na czas wykonania danej pracy. I tak od kilku dni budzą mnie głośne rozmowy budowlańców, którzy pod oknami przekładają kostkę…Już kilka dni, bo…trochę im pogoda przeszkadza…OM ustalił, że mają znikać z oczu i uszów kole godziny 12-tej, ale się nie stosują, a ja machnęłam na to ręką. Pańcio przynajmniej ma co robić swoją wielką koparą, na tej mini budowie. Tyle że, to nie koniec, bo po niedzieli, będą mi łazić po dachu. Jak to będzie akustycznie do (nie)wytrzymania, już wiem, bo Tata zrobił próbę generalną, czym mnie prawie o zawał nabawił. Bynajmniej nie stukotami, ale tym, że sam wlazł i latał po dachu. Z drugiej strony wlazł i ocenił, że weźmie swoich chłopaków, bo naszemu p. Tomkowi nie powierzyłby, tak odpowiedzialnej roboty. Ha!

Dom ma już 26 lat i wymaga tu i ówdzie…Bez jakieś spiny, dlatego, co jakiś czas jest coś wymieniane albo  naprawiane. Ja raczej jestem hamulcowym zmian niż motorem; co do napraw, to już inna bajka. Nigdy nie byłam zwolenniczką, ani nie ulegałam modom i nie szalałam, to jednak nasz dom od pierwowzoru mocno się różni. Przeszedł kilka modernizacji.

Obecnie nie jestem zachwycona tym, co się dzieje. I nie dlatego, że się dzieje, tylko czas jakby nieodpowiedni. Zwyczajnie ten bajzel na zewnątrz mnie nie uszczęśliwia. A w domu, wciąż stoją skrzynki z rzeczami, które powinny trafić na swoje miejsce lub…do kosza. Czy musisz posiadać 30 kubków?  Zaskoczył mnie, bo nigdy nie liczyłam; zaznaczam, że nie kolekcjonuję i tylko ja w domu piję z kubka. Codziennie staram się, by coś trafiło na swoje miejsce…Nie przemęczam się, a raczej nie mam w sobie dawnego zapału do porządków. W ogóle zapał gdzieś się ulotnił…

A w nocy pogryzły mnie meszki…jakby niewystarczająco swędził mnie brzuch ;(