Zakaz jakichkolwiek planów!

Ja to u mnie…już mi się marzyły te z rzędu cztery dni bez…A tu figa z makiem. Jutro gnam do DM!

Zadzwoniła p. Profesor w momencie, kiedy telewizor ryczał w sypialni, fachowcy walili w dach, a ja w łazience zabrałam się do sprzątania- bo ktoś musi! Cud, że usłyszałam dzwonek w telefonie. Pani Profesor  od razu z zapytaniem: Czy pani wie, że jutro ma się stawić na komisji? Nie wiem. Oj, to dobrze, że dzwonię. Profesor poinformowała mnie, że obejrzała TK i uważa, że ten typ leczenia będzie dla mnie korzystny. Dlatego z całą dokumentacją skserowaną dla niej i chirurga  mam się jutro zgłosić na konsylium, i dostanę termin i dalsze wytyczne. Także tak!

Trzymajcie  wszystkie kciukasy- u nóg również, jeśli tylko możecie!

Miejcie się!

P.S. Przebieram się odpowiednio, i ze sprzątaczki przeobrażam się w biurwę kserującą tomy papierów. Pani Profesor zażyczyła sobie dwóch teczek. Będą żółte w kratkę ;D

Edit.

Ciężka jest praca biurwy kserującej…Przez trzy godziny i 24 minuty bez jedzenia ( maliny się nie liczą ) i picia kserowałam, kserowałam, kserowałam…A to tylko pobyty w szpitalach związane ze skorupiakiem i badania newralgiczne. Bo pomiędzy, z czasów kiedy wszystko było okej, to chyba im nie są potrzebne? Inaczej skończyłoby się na walizce, a nie na teczkach…

Reklamy

Czy kolor teczki ma znaczenie? ;)

W ramach wstępu: Kto zajrzał do komentarzy pod poprzednim postem, to mniej więcej wie :).  Z góry uprzedzam, że będzie długo i nudnie ;).

W drodze do DM prześladowały mnie dwie rzeczy: myśl, że zapomniałam o teczce i deszcz. Nieustająco, choć dobrze wiedziałam, iż zielona teczka jest w walizce, bo ją tam własnoręcznie wsadziłam dzień wcześniej- dlatego, wolę pakować się w dniu wyjazdu, tuż przed, wtedy mam większą pewność pewności ;). Co do deszczu, to prześladował mnie cały dzień.

Taksówką- tradycyjnie ( drugi raz już można zaliczyć do tradycji)- podjechałam pod budynek G,  gdzie- chyba też już tradycyjnie- pogonili mnie kurcgalopkiem do budynku C. A tam, ta sama Pani co w piątek, na mój widok ożywiła się i spanikowanym głosem oznajmiła: Ale ja nie mam żółtych teczek. Na co ja w myślach: a ja żółtych papierów; zaś głośno: Jak dla mnie może być zielona. I Pani skądś wyciągnęła zieloną:D. I mogła przystąpić do założenia mi karty, co polegało  tylko na wypełnieniu przeze mnie druku upoważniającego osobę w razie „Wu”, i opisaniu teczki moimi danymi personalnymi przez Panią. Po tych czynnościach udałam się już z dwiema zielonymi teczkami pod gabinet p. Profesor- oczywiście w budynku G.

Pani Profesor- bardzo sympatyczna- najpierw zagłębiła się w dokumentację, po czym stwierdziła, że chce więcej. Więcej zostało w domu- nomen omen w żółtej teczce!  Przy kolejnej wizycie mam dowieźć, a co mogłam to z pamięci. W jakimś momencie, podczas badania, stwierdziła, że w sumie, to tak wiele chemii nie miałam. Trzy razy sześć, czyli osiemnaście– odpowiedziałam, myśląc, że może p. Profesor coś pominęła. Tylko się dziwnie uśmiechnęła. Tak sobie wykombinowałam, że to na plus, bo leczenie chemiczne ma ograniczenia- żeby nie zabić: człowieka, nie skorupiaka. A potem ( już w mieszkaniu), że to na minus, bo być może ta „piekielna metoda”, nazwana przez p.Profesor rozległą operacją, to ostateczność- po niej już tylko mogiła. No i przestałam rozmyślać ;). Jak już pisałam w telegramie, z gabinetu wyszłam ze skierowaniem na TK,  na rezonans moich implantów i na markery; wszystko w trybie pilnym, szczególnie TK. Z wynikami stanę na” kominie” – własna nazwa zastosowana przez p. Profesor :).

Jak tylko wyszłam, to znowu kurcgalopkiem do budynku C, aby tylko nie zastać zamkniętego okienka do rejestracji, bo już było późno. Na szczęście to było całkiem inne okienko niż poprzednie, i inna Pani. Wzięła ode mnie skierowanie, na którym słowo pilne kuło w oczy na zielono oraz inne znaczące słowa i cyfry podkreślone zielonym markerem, i zaczęła wzdychać. Po chwili mamrotać i jęczeć: nie ma, nie ma, nie ma, nawet 5 minut nie ma, jakaś nienormalna, nie mam gdzie wcisnąć…Długo to trwało, a ja stałam w napięciu i czekałam, choć z hukiem  opadło mi wszystko, kiedy w końcu odezwała się do mnie bezpośrednio: Pilne to terminy miesięczne. ( Profesor zaznaczyła, że prosi w tym tygodniu). Już byłam pewna, że nic z tego nie będzie, gdy Pani wciąż mamrocząc, że nie wie jak oni to zrobią, i co z nią zrobią, ale wpisuje mnie na środę na 8. rano. Podziękowałam i…zaszkliły mi się oczy. Jakoś się ogarnęłam, ale upust łzom dałam w mieszkaniu. Przy Mam. Rozwaliła mnie pogoda i własna temperatura-37,7. Poczułam się zmęczona tą nierówną walką. Przez moment. Tyle że, takie momenty pojawiają się coraz częściej. No cóż, nici z lodów na osłodę, ale spałaszowałam fasolkę szparagową i na deser theraflu. Nawet nie miałam sił dzwonić do moich Dziewczyn. Przyszedł tylko Misiek, a wieczór spędziłam na wirtualnej rozmowie z Bliską :).

We wtorek od rana rozbijanie się taksówkami po całym mieście, zaopatrzona w prowiant przez Mam. ( Jeżdżąc taksówkami oszczędzam czas na poszukiwanie miejsca do parkowania oraz mam możliwość wjazdu na teren szpitala, co bywa zbawienne). Efekt: kreatynina w normie i odebrana po półgodzinnym czekaniu, bo poprosiłam na cito; RM umówiony na przyszłą środę, bo trzeba odczekać tydzień po TK- oczywiście za kasę a nie na Kasę Ch., bo na NFZ pilne, to druga połowa lipca; moja p. Doktor powiadomiona co aktualnie porabiam- dzięki uprzejmości pacjentek, które wpuściły mnie bez kolejki, a ja im ukradłam tylko minutę; markery zrobione w laboratorium, dzięki uprzejmości p. Pielęgniarki, bo podobno z poradni onkologicznej to robią w budynku G i przynoszą do budynku I- nie dałam się wrobić, by w kolejnym dniu ganiać od budynku do budynku, bo informacja szwankuje.  Z ulgą opuściłam teren szpitala i pojechałam do mieszkania. A tam, zaraz przyszła do mnie Aliś, OM dojechał- przywiózł mi żółtą teczkę, bo przecież na TK życzą sobie płytek z poprzednich badań- pobył i pojechał, a wieczór tradycyjnie spędzony w towarzystwie PT :).

Środa, czyli dzisiejszy dzień, to moje wielkie zaskoczenie i jeszcze większy banan na ustach. Przede wszystkim dlatego, że po dwóch deszczowych dniach obudziło mnie słońce. Tradycyjnie taksówką pod szpitalny budynek, tym razem C. Tam wręczono mi moje papiery rejestracyjne w dużej kopercie i skierowano do budynku M, który tak naprawdę okazał się budynkiem L, tylko z drugiego końca. Miałam ustalone badanie na godzinę 8.10, a już o 8.03 byłam po wszystkim- w szoku. Przyzwyczajona, że na TK trzeba się przygotowywać co najmniej godzinę, wypijając litr wstrętnej anyżkowej wody, zostałam zaskoczona tym, że od razu po wkłuciu wenflonu, zaproszono mnie na badanie. Oszołomiona szybkością, dopytywałam się o kontrast w wodzie, na co usłyszałam, że pić to będę, ale po badaniu. Badanie odbyło się z prędkością światła, i nawet nie zdążyłam odczuć lewej ręki, która zawsze sprawiała mi problem przy takiej okazji. Dopiero na poczekalni, czekając zalecone 20 minut na usunięcie igły, dowiedziałam się od pacjentki, że w tym szpitalu mają najnowocześniejszy tomograf w całym DM. Także tak. Mam porównanie ile czasu zostało zaoszczędzone, a przez to ilu pacjentów więcej można obsłużyć, jak szpital posiada odpowiedni sprzęt.

Po, już nie kurcgalopkiem a spokojnym spacerem, wystawiając łeb do słońca, udałam się do budynku G. (Nie wiem ile hektarów zajmuje ten szpital, ale co się człek nachodzi pod górę i z góry,  to jego). Tam prosto do Koordynatorki i mówię: Dzień dobry, p. Profesor prosiła, żeby za pośrednictwem pani, w dniu mojego badania TK zostawić informację, że się badanie odbyło. Na co Koordynatorka poprosiła moje nazwisko, wklepała w komputer i po chwili odkrywczym głosem ( ciut pretensjonalnym) rzekła: Ale opisu jeszcze nie ma.- I spojrzała na mnie. Uśmiechnęłam się krzywo, a głos nie chciał się wydobyć ( chyba znowu mi coś opadło); pani się gapi na mnie i w końcu zajarza: uśmiechając się i mrucząc, bierze karteczkę i pisze. Dziękuję i wychodzę. Po drodze kupuję drożdżówkę- muszę się osłodzić ;).

Po pięciu minutach od wejścia do mieszkania pojawia się OM. Ma kila spraw w DM. Zabiera mój bagaż, a ja zostaję i odpoczywam. Nigdzie się nie spieszę, a wizja czterech dni z rzędu bez lekarzy, badań, szpitali…wydaje się obiecująca i w zasięgu…

Wracam w oberwaniu chmury już na rogatkach DM; przez całą drogę leje z różną intensywnością. Rusztowanie wciąż stoi, choć już z tej strony roboty na dachu są skończone. Z drugiej się nie posunęły nawet o centymetr z powodu deszczów.

Jestem w domu :).

Wstawiłam wodę, bo jedzie do mnie LP- stęskniona, bo  zeszły tydzień,  włóczyła się po wyspie gorącej, beze mnie! 😀

 

 

O przyjaźni słów kilka…

Przyjaźń to temat rzeka, bo ile osób, to tyle spojrzeń, doświadczeń, przemyśleń…

W przyjaźni egoizm się nie sprawdza. Nie można zapominać, że przyjaciel to też człowiek, który ma swoje życie prywatne, zawodowe, swoje problemy, swoje potrzeby i… czasem popełnia błędy. Dlatego w przyjaźni ważne jest zrozumienie, akceptacja, ale i wybaczenie.

Prawdą jest, że przyjaźń wymaga nieustającej pielęgnacji, uważności, oddania. Obustronnej. Dlatego pokusą jest dać jej zwiędnąć albo w emocjach zerwać łączącą linę, jeśli jedna ze stron nie kwapi się do tego wysiłku. Bywa też, że wystarczy jakieś jedno wydarzenie, moment, w którym przyjaciel nas opuszcza; coś, czego nigdy byśmy się nie spodziewali…

Opowiem dwie historie, które mogłyby mieć całkiem inne zakończenie, gdybym swojego czasu takiej pokusie uległa.

Kiedy po raz pierwszy zaatakował mnie skorupiak, nie było przy mnie PT. Wszyscy zadawali mi o nią pytania, mocno zdziwieni i zaniepokojeni. Otoczona przyjaźnią i miłością wszystkich bliskich, skupiona na walce z wrogiem, nie bardzo rozumiałam tego faktu, ale intuicyjnie czułam, że za nieobecnością PT kryje się ważny powód; i nie jestem nim ja, ani mój skorupiak. Szczególnie że jakieś dwa miesiące przed moją diagnozą były niepokojące symptomy, że w jej życiu prywatnym nie najlepiej się dzieje. Oddzielone 120 kilometrową odległością, na łączności tylko stacjonarnych telefonów, nie miałyśmy  możliwości bliższego kontaktu. Nie, bo choć zaprzyjaźni byliśmy rodzinnie, to wyczuliśmy, że potrzebują czasu na poukładanie swoich relacji. Dlatego nie było we mnie żadnych pretensji, nie pielęgnowałam w sobie żalu, nie zadawałam pytań. To trwało 3-4 lata. Przez ten czas miałyśmy jakiś sporadyczny kontakt telefoniczny, jakieś spotkanie w DM, ale bliskość odbudowałyśmy dopiero wtedy, gdy PT na nowo poukładała sobie życie osobiste. Nieraz jak wracamy do tego czasu, to ma do siebie żal, bo uważa, że powinna być wtedy przy mnie. Znając powód i cały przebieg tego, co się wtedy wydarzyło, przez co przechodziła- ja tak  do końca nie uważam. Uważam, że chcąc ratować- co się nie udało uratować- w tamtym czasie trudno było postąpić inaczej. Z prostego powodu: była oderwana od rzeczywistości. Straciła kontakt prawie ze wszystkimi. To się zdarza.

Może ktoś na moim miejscu skreśliłby tę przyjaźń, ale jak można skreślić kogoś, kogo się kocha? Tylko dlatego, że los z nas zadrwił i wystawił nas na próbę w tym samym czasie i każda z nas toczyła swoją bitwę. I nieważne, że u mnie ona była na śmierć i życie.

Zachorowałam drugi raz, po latach pojawiła się wznowa, i wznowa po wznowie…A PT przy mnie jest. Zawsze! Gdybym się uniosła, nawet nie wiem czym, bo nawet przez moment o tym nie pomyślałam, to dawno temu straciłabym przyjaciółkę. Kogoś, kto na zawsze pozostanie dla mnie kimś ważnym.

 

Z Aliś przyjaźnimy się od dziecka. Zawsze była przy mnie, w każdym ważnym, radosnym czy trudnym momencie. W tych najtrudniejszych również. I wciąż jest. Jednak był taki moment, kiedy jej zabrakło. Tylko jej.

To była niespodzianka wymyślona przez OM w moje okrągłe urodziny. Taka najprawdziwsza z najprawdziwszych niespodzianek. Niczego się nie spodziewałam; był czwartek, więc dzień pracujący, przed dniem pracującym. OM w ramach urodzin wywiózł mnie do ŚM, a po powrocie zastałam zastawione stoły i gości w ogrodzie. Nie mogłam się ruszyć z samochodu, bo ryczałam jak bóbr. (Czy bobry ryczą?) Już wtedy podejrzewałam wznowę, choć nie miałam potwierdzenia na papierze, dlatego widok bliskich- wszystkich- wzruszył mnie do imentu. Większość z nich ( 2/3) pokonało 120 kilometrów  kilkoma autami, a nawet motorem, żeby być ze mną tego dnia. I nie przeszkadzał im powrót nocą. Zabrakło tylko…Aliś. Tak, zrobiło mi się przykro. Szczególnie kiedy poznałam kulisy całej akcji. Owszem, dzwoniła do mnie rano z życzeniami, nie zdradzając się, że wie o przygotowywanej niespodziance. 

Mimo tego to nie mogło przekreślić tych wszystkich wspólnych lat, szczególnie że ta jej nieobecność miała  swoją genezę- ktoś i coś. Wiem jedno, gdyby wiedziała, że za chwilę będzie do mnie biegać do szpitala, to na pewno by wtedy przyjechała, nie bacząc na nic. Nie wiedziała, bo nikt nie wiedział, oprócz OM. To sobie wyjaśniłyśmy miesiąc później. A mogłam pielęgnować żal i nie zadzwonić. ( Mamy taką umowę, że jak tylko jestem w DM, to dzwonię i się spotykamy). Przekreślić lata przyjaźni, kogoś, kogo kocham od lat. Obrazić się i strzelić focha.

Dlaczego o tym piszę? Bo zbyt często patrzymy na naszych przyjaciół przez pryzmat naszych potrzeb. Bo on/ona powinien/powinna. Może tak a może nie. Czasami nie ma wyboru, a czasami ten wybór jest trudny albo błędny. Takie jest życie. Skreślić kogoś, wymazać ze swojego życia można w jednej chwili, odbudować jest zawsze trudniej. Zanim skreślisz przyjaciela- porozmawiaj! Wysłuchaj. Jeśli go kochasz, to chcesz dla niego jak najlepiej, więc czasem musisz usunąć się w cień. Nie ma ludzi idealnych. A potrzeba bliskości innych ludzi, jest wpisana w nasze życie. Nie warto ją zbyt pochopnie odtrącać.

Czasami nie da się uratować przyjaźni, z różnych względów. (A może to nie była przyjaźń?) W dzisiejszym zabieganym świecie paradoksalnie jest łatwiej, dzięki technice. Jasne, że nic nie zastąpi fizycznego kontaktu, rozmowy w cztery oczy, wspólnego bycia nawet w ciszy… Ale! Jest tyle środków, by dać znać, że ta druga osoba jest wciąż dla nas ważna, nawet jeśli coraz trudniej jest się nam spotkać.

P.S.

Jutro jadę do DM w wiadomym celu. Dam znać najwcześniej we wtorek może dopiero w środę, co i jak. Przez to, że nie mogę dźwigać, to nie biorę ze sobą sprzętu, bo nawet dodatkowe 0,5 kg robi różnicę, jeśli ma się nakazane do 1,5 kg. ( Więcej waży moja torebka, a co dopiero bagaż podręczny ;D)

Miejcie się! 🙂

Wciąż w niewiedzy tkwię…

Odnośnie leczenia.

Nasiedziałam się tylko i nabawiłam bólu głowy- pewnie z głodu i pragnienia. OM wraz z butelką wody odjechał w siną dal- tak mu nakazałam; o wodzie zapomniałam. Po co miał tkwić przy mnie całkiem nieużyteczny- bez sensu! Usiadłam w kolejce pod gabinetem i spokojnie czekałam na swoją kolej. Czas mijał, aż w którymś momencie drzwi się otworzyły i ukazała się p. Doktor, chcąc pewnie na chwilę opuścić gabinet, ale ujrzała mnie, więc szybko się cofnęła, aby znowu się pokazać ze skierowaniem w ręku. Wręczając  mi wraz z ostatnimi wynikami ( marker niski, jak to u mnie), poinformowała mnie, że dziś ( wczoraj) miedzy 12-13 mam się zgłosić do p. Profesor. Było za dwadzieścia minut 12., więc zadzwoniłam do OM, że biorę taksówkę i jadę w drugi koniec DM do szpitala. Mimo że Pan Taksówkarz podwiózł mnie pod sam budynek G, to i tak najpierw zwiedziłam dwa miejsca zanim dotarłam pod właściwy adres. A tam dowiedziałam się, że p. Profesor ma konsylium.  Gdy zobaczyłam tłum pacjentów, to miałam ochotę zwiać. Jednak kiedy z gabinetu, w którym odbywało się konsylium wyłoniła się koordynatorka, to wyłuszczyłam jej z czym i dlaczego przyszłam, prosząc o informację, czy zostanę przyjęta. Wzięła ode mnie  skierowanie i obiecała, że poinformuje p. Profesor, a ja mam czekać. Czekałam, czekałam, aż się doczekałam bólu głowy. Przypominałam się ze cztery razy. W końcu, po dwóch godzinach, dowiedziałam się, że dziś ( wczoraj) nie zostanę przyjęta bo za dużo pacjentów ( co ja stwierdziłam zaraz po przyjściu) i mam się zarejestrować na poniedziałek. Rejestracja w innym budynku; całe szczęście, że w kierunku wyjścia z terenu szpitalnego. Podchodzę do okienka, a tam Pani na pudłach. Pełna wątpliwości podaję skierowanie i dziwię się, że jednak Pani nie pilnuje tylko pudeł, ale też rejestruje. Za chwilę informuje mnie, że nie ma mnie w systemie, cokolwiek to znaczy. Ja nie widzę problemu, ale system już tak: nie ma w nim mojego miejsca zamieszkania- nie istnieje! Pani bezradnie rozkłada ręce, bo system  nie przepuści dalej bez wklepania adresu. Wpadam na pomysł i podaję adres w DM. Pani się ściesza, a system przepuszcza. Nie komentuję, bo to jakiś absurd. Ważne, że jestem zarejestrowana, choć kartę pacjenta założą mi dopiero w poniedziałek, a pani oddaje mi moje skierowanie, obawiając się, że u niej może się zawieruszyć. Pudła zabiera do domu na weekend, bo od poniedziałku rejestracja ma  być w budynku G a nie C. Dlatego też mam się zgłosić na dwie godziny przed wizytą. Z kanapkami i kubasem kawy.

Dotarłam do Mam i wtrząchnęłam najpierw tabletkę przeciwbólową, a potem cały obiad i popiłam kawą. Prawie odżyłam. Po godzinie z hakiem zjawił się OM, który też został nakarmiony i przebijając się przez korki wyruszyliśmy do domu.  W domu Misiek i zamontowane  nowe drzwi do toalety na dole. Nareszcie się nie zamykają same, więc nie będą mnie walić w  tyłek, gdy na kolanach myję podłogę. 

Na dziś w planach ( długo przed terminem) miał być wyjazd na zaległe urodziny. Ale! Fizycznie siły mnie opuściły i perspektywa kolejnych kursów do DM, też dorzuciła swoje. Wprawdzie OM wyrywnie zadeklarował, że mnie zawiezie, co w innych okolicznościach przyjęłabym bez mrugnięcia i z uśmiechem. Ale! On też już pada na twarz z braku snu i odpoczynku. Jednak przede wszystkim wizja własnego kocyka i łóżka przeważyła, o czym szczerze i uczciwie poinformowałam ” przechodzoną ”  szanowną Jubilatkę:) ( Dzisiejsze od rana zasmarkanie i drapanie w gardle, przypieczętowało, by decyzji nie zmieniać).  I dostałam rozgrzeszenie oraz  obietnicę, że będą pić moje zdrowie. Na zdrowie!

A wszystkim  życzę miłego weekendu 🙂

A że podziękowaniom  nigdy dość, to DZIĘKUJĘ 😀  Kciuki i dobre myśli muszą poczekać do poniedziałku. Może wtedy coś konkretnego się wykluje. Jak widzicie, na wszystko potrzebny jest czas. Nic nie dzieje się tak od razu, a w moim przypadku szczególnie. Choć jakby to nie zabrzmiało paradoksalnie, to ja wciąż niezmienne uważam się za szczęściarę. Pomimo…

I teraz tak po prostu…Każda literka, każde słowo jest bezcenne. Wasze. To Wasz czas podarowany mnie. I to jest piękne 🙂

Marne szanse, to też szanse…

W pierwszej klinice, która faktycznie jest nr 1 w DM, wszystko odbyło się z uśmiechem na ustach. Wielu. Czytać zaczęłam w windzie, a skończyłam na krzesełku w holu wyjściowym. Uśmiech znikł, ale w zamian nic się nie pojawiło. Pustka. Zamówiłam taksówkę i w czasie przemieszczania się do kliniki nr 2 spokojnie wysyłałam wieści, najlepiej bez odbioru; bo o czym tu pisać? Odbiór jednak był, więc spokojnie odpowiadałam: nie chciałam wywołać mylnego wrażenia, że wariuję. Bo nie wariuję. Nigdy przez te 17 lat nie wariowałam z powodu skorupiaka.

Pod gabinetem p. Doktor kolejka, więc zanim skopię tyłek skorupiakowi ( co zasugerowała Bliska), to mój kościsty będzie obolały od siedzenia. Wszak potem jeszcze konsylium…O ja naiwna! Przecież u mnie nic normalnie nie może się dziać. Nawet Panią Doktor mam najbardziej roztrzepaną z wszystkich doktorów razem wziętych 🙂 Doktor mnie przeprasza, bo nie ma swojej komórki, gdyż nastawiając budzenie, potraktowała ją jako budzik i nic więcej 😉 Została w domu, a w niej bezpośredni telefon do p. Profesor, która miałaby się ewentualnie podjąć piekielnego leczenia mojej skromnej osoby. Podejmuje próby oficjalnymi ścieżkami- bezskutecznie. Tak że p.Doktor kajając się, prosi o przyjście w piątek. Wysyła mnie jeszcze na markery, a moje wyniki  ma wziąć do domu- o ile nie zapomni 😉

Dzwonię do OM, że zostaję, więc nie bardzo słucham, co mówi. Za moment dzwonię, że jednak wracam, bo dociera do mnie, że OM tego chce. Dziś jedziemy razem, więc odpada jazda za kierownicą, która wczoraj mnie niebotycznie znużyła.

Pod drzwiami laboratorium dziki tłum. Stanęłam w stuporze ze skierowaniem w ręku, szukając wzrokiem, czy jeszcze na drzwiach wisi kartka z informacją, że taka jak ja,  to bez kolejki. Zanim się utwierdziłam, to p. Pielęgniarka wciągnęła, a raczej wepchnęła mnie do środka, śmiejąc się, że robi łapanki przed drzwiami. Rach-ciach  i krew spuszczona. Wracam.

Mam zatrzymuje mnie wizją obiadu. Muszę powiedzieć o wizji leczenia. Nie mogę dłużej ogólnikami, trochę ściemniając; do tego mogłam wykorzystać brak wyników. Obie trzymamy fason i się uśmiechamy. Trochę mnie rozwala telefon od Tuśki. Powtarzam sobie, że oboje z Miśkiem są już dorośli…Tyle że nigdy nie ma dobrego czasu…Myślałam, że da się przeciągnąć do lipcowej obrony Miśka. Ale czy w życiu jest tak, jak ktoś sobie umyśli? Rzadko.

Co wiem? Przede wszystkim, że bez leczenia to droga z biletem w jedną stronę. Boso. Jeśli p. Profesor (z innego szpitala) uzna, że mój przypadek nadaje się do leczenia, jakie ona wdraża, to będę leczona. Jeśli nie, to pozostaje leczenie standardowe, które nie bardzo się sprawdziło…

Dzięki, że jesteście:)

Wczoraj odpłynęłam, nawet nie wiem kiedy, a chciałam napisać co i jak. Dziś obudziłam się dwie godziny przed czasem, więc przed wyjazdem zdążę poinformować. Przykro mi, że nie są to dobre wieści. Paradoksalnie nie jestem rozczarowana, a właściwie inaczej: zaskoczona. W medycynie cudów nie ma. Ewentualnie mogą być pomyłki.

 

 

 

 

Gdy Baby się uprą…czyli gorąca linia…

Kiedy zadzwoniłam po godzinie 12. wyniku jeszcze nie było, ale Pani z Sekretariatu, powiedziała, żebym zadzwoniła za godzinę, bo koleżanka właśnie poszła do patologów. W międzyczasie zadzwoniła do mnie moja p. Doktor, żeby się upewnić, iż trzymam się jednej słusznej linii, a nie na ten przykład odpuściłam sobie…Powiedziałam jej, że dzwoniłam, ale raczej jutro się widzieć nie będziemy. Na co moja p. Doktor odpowiedziała, że wymyśliła dla mnie coś piekielnego, ale wiąże to się ściśle z wynikiem- którego nie ma! Dzwonię po 13. i słyszę to samo plus- abym zadzwoniła jutro. Jutro to będzie futro! Kolejny raz tłumaczę, że o cały tydzień, kolejny raz przesuwa mi się komisja. Spokojnie, bez żalu, bo to nie tych Pań z Sekretariatu wina, ale pozwalam sobie na zasugerowanie, czy będę miała gwarancję, że w poniedziałek wynik już będzie, czy może w cudzysłowie, moje guzy się gdzieś zawieruszyły. Innymi słowy, czy takie długie oczekiwanie, to norma czy raczej nie. Nie. Pani  z Sekretariatu prosi bym zadzwoniła za pół godziny, a ona zadzwoni do patologów z zapytaniem, jak daleko są z moimi wynikami. Po upłynięciu więcej niż pół godziny dzwonię i słyszę: nie ma. Ale też słyszę jak druga Pani mówi odbierając słuchawkę poprzedniej i przepraszając za koleżankę, że będą dziś o 15., tak jej obiecano. Informuję Panią, że odbiorę  jutro z samego rana, na co słyszę: Ale nie będzie miała pani do mnie pretensji, jeśli ich nie będzie, bo wprawdzie mi obiecano, ale…Nie- odpowiadam- najwyżej się przejadę.  I nagle słyszę radosne:SĄ!!! I Pani mówi, że prosiła o przysłanie faksem, jak tylko będą. Jeszcze nie wierząc, pytam się, czy na 100% odbiorę je rano. Słyszę z ogromnym uśmiechem: na 1000%. Dziękuję bardzo i w radosnym tonie, obie się z Panią żegnamy.

No to się jutro moja p. Doktor lekko zdziwi. A może nie.

A ja za chwilę się pakuję i jadę do DM. Sama. OM się chciał doczepić, ale odmówiłam. Dopóki mogę sama, to szkoda jego czasu i…zdrowia 😉 Już prawie pewny był jutrzejszy wyjazd  z Tuśką w zupełnie  w przeciwnym kierunku, ale jak widać plany uległy zmianom. Jak to u mnie najczęściej bywa. Przywykłam.

Pomyślcie o mnie jutro ciepło 🙂 Będę się stresować, bo komisja to nie bułka z masłem. Tam trzeba się zmierzyć z tym, co na co dzień niekoniecznie zaprząta moją głowę.

I przyszedł poniedziałek…

W niedzielny wieczór, kiedy to oko już mi się przymykało, przebiegająca przez głowę myśl, uświadomiła mi, że przez cały weekend udało się nie myśleć, tylko celebrować lub delektować się daną chwilą. Ale nie, żeby tak całkiem bez stresu, słodko, pachnąco i smacznie. O nie!

W sobotę pojawili się panowie z profesjonalnymi rusztowaniami. I zaczęli je rozkładać. W kanonadzie stukających dźwięków dochodziły mnie też ich głosy: kur..aaa, mam to wyjeb…płaci mi na godzinę, i takie tam inne cha …Moje czyste okno szlag trafił, bo skręcając rusztowanie sypało im się niewiadomoco i niewiadomodlaczego. Pan Właściciel – profesjonalny alkoholik, któremu ręce się trzęsły jak galareta- nadzorował z dołu swoich pracowników, ponaglając, bo nie mógł doczekać się zaliczki, którą Misiek miał mu przekazać po skończeniu, bo tak przykazał wyjeżdżający OM na jubileusz swojej szkoły. Panowie skończyli kole 15. i nastała cisza. Krótka. Do akcji wkroczył Tata, wciągając w to Miśka…Misiek uwolniony po godzinie zajął się obiadem, a Tata- Dziadek wciąż na wysokościach, przyprawiając mnie o nerw, walił, stukał, wiercił…Nawet grzmoty i błyskawice go nie wzruszały. Lunął deszcz, a Tata- Dziadek zszedł piętro niżej rusztowania i skrył się pod wąskim podestem, na co my z Mśkiem parsknęliśmy już śmiechem, bo żadna to osłona…Chyba zrozumiał to, więc zszedł niżej i schował się do kotłowni. Burza minęła, ale wciąż padało, choć już nie tak intensywnie, więc wrócił na wysokości, czym mnie jeszcze bardziej zdenerwował, bo na mokrym rusztowaniu można się pośliznąć przecież. W międzyczasie obiad był już gotowy, w większości dzięki Miśkowi (ja tylko przyprawiłam mięso i pokroiłam dwa składniki wieloskładnikowej sałatki), więc wyszłam mimo deszczu na zewnątrz, zadarłam głowę do góry i ryknęłam: złaź natychmiast, nakarmić cię chcemy. Zlazł. Na pytanie, dlaczego w ogóle tam wlazł i dlaczego w deszczu, usłyszeliśmy, że: musi opracować metodę, zanim przyjadą jego pracownicy; takie wchodzenie i schodzenie to jest dobry fitness; deszcz mu nie przeszkadza, bo przynajmniej jest chłodno. Po obiedzie wlazł z powrotem. Odetchnęłam z ulgą, jak w końcu zlazł i pojechał do siebie. Niedzielny poranek przywitał mnie dźwiękami dochodzącymi z…dachu…Tata- Dziadek dalej opracowywał plan…Całe szczęście, że kole 14. pojechali z Miśkiem już do DM, a ja mogłam spokojnie leżakować (bez wizji spadającego rodzica) na tarasie oddając się lekturze. Jestem w połowie ” małe życie” i już mogę gorąco polecić! Moje błogie leżakowanie przerwał OM, który wrócił i zajął się korespondencją, w której była wiadomość o planowanej kontroli ZUS-u. Jeszcze nie skończyła się już ponad dwuletnia kontrola US, a mamy kolejną. Takie to życie przedsiębiorcy. Małego 😉 Jak na razie nie wiemy, jakie lata ma objąć, bo w piśmie jest napisane, że OM ma się zgłosić telefoniczne w sprawie ustalenia szczegółów.

Niby to normalność, ale…To nie jest dobry czas. Zbyt dużo spraw się nawarstwiło, które OM musi ogarnąć. Sam.

I niech mi ktoś powie, jak żyć z zaleceniem lekarskim: zero stresu? Nie da się!

Telefon kilka minut po 12. przyniósł spodziewaną się odpowiedź: nie ma! Podobno się tak zdarza, tylko jak to ma się do szybkiej ścieżki? Jeśli jutro i pojutrze usłyszę to samo, to o kolejny tydzień przesunie się moje spotkanie z komisją.