Wyjście bez wyjścia z wyjściem ;)

Czwartek i piątek zabarykadowałam się w domu, nie wyściubiając nawet nosa na zewnątrz. O dziewiątej rano już wszystkie okna były pozamykane, a na górze opuszczone żaluzje zewnętrzne. I tak do mniej więcej dwudziestej. O tej godzinie budziłam się do życia, a napędem było powietrze :). Przeżyłam, bo na dole temperatura nie przekraczała 25 stopni, kiedy na zewnątrz było 35. Praktycznie nie włączałam gazu, unikając też TV oraz kompa. Większość czasu spędziłam, czytając książki, zerkając co chwilę na zegar; z utęsknieniem czekałam na godzinę W- wyjścia na powietrze ;).

Tak mnie zajęło przetrwanie upałów, że o wyjściu UK z UE dowiedziałam się grubo po południu. Szczerze mówiąc, myślałam, że się nie ziści. Mam wiele obaw z tego powodu, ale nie będą o nich pisać.

Sobota zapowiadała się burzliwie, nie tylko w pogodzie. Czekałam na tę atmosferyczną, bo po południu proszony grill podwójnie imieninowy. Burza przyszła w czasie  meczu. Jeszcze zanim przyszła, zerwało się WiFi, a potem przerywało połączenia sieci komórkowej, której zresztą nieprzerwanie dzisiaj nie mam. WiFi odzyskałam niedawno. Nie byłam zła na burzę, wręcz przeciwnie. Mogłam wychodzić na taras i nałykać się rześkiego powietrza, z nadzieją, że po burzy słońce już nie wyjdzie; grill wystarczył jako potencjalne źródło ciepła.  I  się ziściło :). Do stołu usiedliśmy podbudowani wygraną, co niektórzy w anturażu kibica ;).  Kolejne burze krążyły wokół nas, ale nie przyniosły nawet deszczu, no może taki ledwo, ledwo…Za to ja wywołałam burzę przy stole pytaniem o rzuty karne. A mianowicie, czy te po dogrywce są ujęte w statystyce goli. O matko! Burza z piorunami to pikuś, bo każdy pan -i nie tylko- wiedział swoje i argumentował dobitnie i głośno. W końcu widząc, że dyskusja zażarta i zacięta, zasugerowałam: może tak dla uspokojenia o polityce? Wszyscy jednym chórem: Nieeeeeeeeeeee!!! Jak zwykle spór rozstrzygnął Wujaszek Google. Wróciłam późno, z garnkiem gołąbków w prezencie, zmęczona, ale nie mogąca zasnąć. Miałam się wcześniej ewakuować, ale dawka śmiechu i powietrza przytwierdziła mnie do siedziska. A potem krążący po okolicy policyjny radiowóz. Jak to ja, byłam bez żadnych dokumentów; nie chciałam ryzykować mandatu. (Ostatnio jadąc do DM już na trzynastym kilometrze zorientowałam się, że nie mam dokumentów auta. Wracając na drugi dzień przez ŚM, i w momencie, kiedy potrzebny był mój dowód, zorientowałam się, że owszem, dokumenty od auta mam, za to ani dowodu ani prawo jazdy). Udało się!

Jutro wybieram się do DM. W celu wywiadowczym. Cisza w eterze zaczyna mnie niepokoić, bo dziwne jest to, że przez cztery dni robocze nie udało się ustalić terminu. Z drugiej strony przyczyna może być banalna ( wolnienie chorobowe lub urlop), ale wydaje mi się niepoważne, że nikt mnie jeszcze nie powiadomił. Czekam na telefon i nie jest to czekanie przyjemne, szczególnie że nic nie mogę zaplanować. Wolałabym już wiedzieć, a nie żyć tak w zawieszeniu.

Reklamy