Odpryski szpitalne…

Aktualności:

Jak to u mnie: czekam. Czekam na telefon odnośnie terminu zgłoszenia się na Chirurgię. Skierowanie mam, krew spuszczona. W poniedziałek podczas wizyty u p.Profesor  nie udało się ustalić terminu, bo p. Chirurg był nieuchwytny; pewnie stał przy stole operacyjnym i ciął oraz wycinał.

Odpryski:

Pani Starsza, która była moją szpitalną współtowarzyszką przez kilka dni, a której usta się nie zamykały nawet wtedy, kiedy spała, opowiedziała wiele historii, których wysłuchałam jednym uchem, ale coś tam zostało. Pani Starsza miała awersję i do komunistów, i do księży, choć tych drugich nie wrzucała do jednego worka. Pani, najgorsi, to byli Ruscy, Niemcy  jak wpadli, to zabrali krowę, kury, a ci ( tu padło przekleństwo) zabili konia, nagotowali jakieś strawy i kazali jeść. Konia, rozumie pani? Trauma pozostała, więc co złe, to były prezydent Kwaśniewski- tak w skrócie można byłoby opisać poglądy Starszej Pani na naszą współczesną rzeczywistość. Nowej władzy daje szanse. Nie podejmowałam politycznych dyskusji, bo jeszcze by mi wszy pękły, ale niewinnym głosem zapytałam, czy wie jaką kasą rządzący obdarowali ojca dyrektora. Nie wiedziała i wiadomość ją jakby zaskoczyła. Niemiło. Bo do księży miała awersje za ich pazerność, obłudę i niemoralność. Dlatego do kościoła chodzi rzadko- jak sama powiedziała- bo modlić to ona może się wszędzie. Dlatego, gdy odwiedził nas szpitalny ksiądz, to na jego zaproszenie do kaplicy, odpowiedziała: dziś wychodzę, więc wieczorem pójdę do swojego kościoła. Minęła się z prawdą, w drugiej części- a ja się uśmiechnęłam, bo jak widać, Starsza Pani  nie zdobyła się na szczerość ;).

A mnie tak naprawdę zastanowiło jedno: jeszcze żaden (?) szpitalny ksiądz nie zapytał się, czy chora osoba nie ma potrzeby porozmawiania- nie mylić ze spowiedzią. A zaproszenie do kaplicy= taca. I w ogóle ostatnio księża nie mają czasu dla swoich parafian, no chyba, że w godzinach otwarcia parafii, które są w określonych dniach i godzinach. Skąpych. A przecież ich służba ( bo to jest służba) wymaga dyspozycyjności. Podobno.

W dniu mojego wyjścia, na miejsce Starszej Pani, przyszła inna, również starsza ode mnie Kobieta. Kobieta miała w sobie ogrom  pretensji do Pana Boga, nawet nie o siebie, ale o całokształt. I dała im upust. Wciąż zadawała pytania, dlaczego? Z racji tej, że coś dużego siedziało jej na wątrobie, a kolejne badanie niczego nie potwierdzało ani nie wykluczało, wkurzało ją to, iż diagnostyka trwa tak długo, bo ona i tak wie, co jej jest. Wkurzał ją jej własny mąż, co to nagle zrobił się nadopiekuńczy i nadskakiwał, aż do obrzydzenia, a ona tego nie lubi. Wie pani, nigdy żeśmy sobie z dzióbków nie pili, a tu teraz takie karesy. Ja nawet do tej pory  ani jednej łzy nie uroniłam, a on wraz z córką pochlipują po kątach, myśląc, że tego nie widzę.

Nie jestem psychologiem, ale wyczułam, że to tylko „dobra mina” do złej gry, jak to mówią. Dlatego w skrócie opowiedziałam jej moją historię ze skorupiakiem. Ile lat trwa…Kobieta szeroko otworzyła oczy, i kolejny raz poddała pod wątpliwość istnienie Boga. Uśmiechnęłam się, i odpowiedziałam, że wiara pomaga, niekoniecznie w to, co podaje nam chrześcijańska religia, bo ją stworzyli ludzie, jak każdą. I nie warto zadawać pytań dlaczego, kiedy i tak nie uzyskamy na nie odpowiedzi. Warto skupić się na tym, że mimo choroby, przeciwności losu, wciąż darowane jest nam żyć. I na tym życiu, a nie na pretensjach warto się skupić. Po co wygrażać Bogu, jeśli jego istnienie się kwestionuje?

W ostatnich tygodniach dotarło do mnie, że robię wrażenie na innych, a ściślej pisząc- nie ja, tylko moja historia chorowania i jej dokumentacja.  Wcześniej jakoś to do mnie nie docierało, bo nie postrzegłam się za męczennice i wciąż zresztą się tak nie postrzegam.  Zaczęło się od słów samego lekarza, który jeszcze przed ostatnią operacją, stwierdził, że sporo przeszłam. Na skierowaniach, przynajmniej na tych na badania, na które zawsze jest jakiś czas oczekiwania, oprócz kluczowego słowa „pilne” w różnych kolorach, znajduje się krótki opis, który wcale nie jest krótki.  i chyba robi wrażenie; mutacja, wyszczególnione skorupiaki i stan po…oraz ostatnie usunięcia…Budzę chyba litość…więc mimo że nie mam karty DiLO, to jakoś panie w rejestracjach robią, co mogą. PT stwierdziła, że to nie jest litość, tylko empatia. I chyba ma rację.

I oby takich empatycznych ludzi na swojej drodze ( szczególnie tej trudniejszej) każdy z nas spotykał!

Reklamy