Czy kolor teczki ma znaczenie? ;)

W ramach wstępu: Kto zajrzał do komentarzy pod poprzednim postem, to mniej więcej wie :).  Z góry uprzedzam, że będzie długo i nudnie ;).

W drodze do DM prześladowały mnie dwie rzeczy: myśl, że zapomniałam o teczce i deszcz. Nieustająco, choć dobrze wiedziałam, iż zielona teczka jest w walizce, bo ją tam własnoręcznie wsadziłam dzień wcześniej- dlatego, wolę pakować się w dniu wyjazdu, tuż przed, wtedy mam większą pewność pewności ;). Co do deszczu, to prześladował mnie cały dzień.

Taksówką- tradycyjnie ( drugi raz już można zaliczyć do tradycji)- podjechałam pod budynek G,  gdzie- chyba też już tradycyjnie- pogonili mnie kurcgalopkiem do budynku C. A tam, ta sama Pani co w piątek, na mój widok ożywiła się i spanikowanym głosem oznajmiła: Ale ja nie mam żółtych teczek. Na co ja w myślach: a ja żółtych papierów; zaś głośno: Jak dla mnie może być zielona. I Pani skądś wyciągnęła zieloną:D. I mogła przystąpić do założenia mi karty, co polegało  tylko na wypełnieniu przeze mnie druku upoważniającego osobę w razie „Wu”, i opisaniu teczki moimi danymi personalnymi przez Panią. Po tych czynnościach udałam się już z dwiema zielonymi teczkami pod gabinet p. Profesor- oczywiście w budynku G.

Pani Profesor- bardzo sympatyczna- najpierw zagłębiła się w dokumentację, po czym stwierdziła, że chce więcej. Więcej zostało w domu- nomen omen w żółtej teczce!  Przy kolejnej wizycie mam dowieźć, a co mogłam to z pamięci. W jakimś momencie, podczas badania, stwierdziła, że w sumie, to tak wiele chemii nie miałam. Trzy razy sześć, czyli osiemnaście– odpowiedziałam, myśląc, że może p. Profesor coś pominęła. Tylko się dziwnie uśmiechnęła. Tak sobie wykombinowałam, że to na plus, bo leczenie chemiczne ma ograniczenia- żeby nie zabić: człowieka, nie skorupiaka. A potem ( już w mieszkaniu), że to na minus, bo być może ta „piekielna metoda”, nazwana przez p.Profesor rozległą operacją, to ostateczność- po niej już tylko mogiła. No i przestałam rozmyślać ;). Jak już pisałam w telegramie, z gabinetu wyszłam ze skierowaniem na TK,  na rezonans moich implantów i na markery; wszystko w trybie pilnym, szczególnie TK. Z wynikami stanę na” kominie” – własna nazwa zastosowana przez p. Profesor :).

Jak tylko wyszłam, to znowu kurcgalopkiem do budynku C, aby tylko nie zastać zamkniętego okienka do rejestracji, bo już było późno. Na szczęście to było całkiem inne okienko niż poprzednie, i inna Pani. Wzięła ode mnie skierowanie, na którym słowo pilne kuło w oczy na zielono oraz inne znaczące słowa i cyfry podkreślone zielonym markerem, i zaczęła wzdychać. Po chwili mamrotać i jęczeć: nie ma, nie ma, nie ma, nawet 5 minut nie ma, jakaś nienormalna, nie mam gdzie wcisnąć…Długo to trwało, a ja stałam w napięciu i czekałam, choć z hukiem  opadło mi wszystko, kiedy w końcu odezwała się do mnie bezpośrednio: Pilne to terminy miesięczne. ( Profesor zaznaczyła, że prosi w tym tygodniu). Już byłam pewna, że nic z tego nie będzie, gdy Pani wciąż mamrocząc, że nie wie jak oni to zrobią, i co z nią zrobią, ale wpisuje mnie na środę na 8. rano. Podziękowałam i…zaszkliły mi się oczy. Jakoś się ogarnęłam, ale upust łzom dałam w mieszkaniu. Przy Mam. Rozwaliła mnie pogoda i własna temperatura-37,7. Poczułam się zmęczona tą nierówną walką. Przez moment. Tyle że, takie momenty pojawiają się coraz częściej. No cóż, nici z lodów na osłodę, ale spałaszowałam fasolkę szparagową i na deser theraflu. Nawet nie miałam sił dzwonić do moich Dziewczyn. Przyszedł tylko Misiek, a wieczór spędziłam na wirtualnej rozmowie z Bliską :).

We wtorek od rana rozbijanie się taksówkami po całym mieście, zaopatrzona w prowiant przez Mam. ( Jeżdżąc taksówkami oszczędzam czas na poszukiwanie miejsca do parkowania oraz mam możliwość wjazdu na teren szpitala, co bywa zbawienne). Efekt: kreatynina w normie i odebrana po półgodzinnym czekaniu, bo poprosiłam na cito; RM umówiony na przyszłą środę, bo trzeba odczekać tydzień po TK- oczywiście za kasę a nie na Kasę Ch., bo na NFZ pilne, to druga połowa lipca; moja p. Doktor powiadomiona co aktualnie porabiam- dzięki uprzejmości pacjentek, które wpuściły mnie bez kolejki, a ja im ukradłam tylko minutę; markery zrobione w laboratorium, dzięki uprzejmości p. Pielęgniarki, bo podobno z poradni onkologicznej to robią w budynku G i przynoszą do budynku I- nie dałam się wrobić, by w kolejnym dniu ganiać od budynku do budynku, bo informacja szwankuje.  Z ulgą opuściłam teren szpitala i pojechałam do mieszkania. A tam, zaraz przyszła do mnie Aliś, OM dojechał- przywiózł mi żółtą teczkę, bo przecież na TK życzą sobie płytek z poprzednich badań- pobył i pojechał, a wieczór tradycyjnie spędzony w towarzystwie PT :).

Środa, czyli dzisiejszy dzień, to moje wielkie zaskoczenie i jeszcze większy banan na ustach. Przede wszystkim dlatego, że po dwóch deszczowych dniach obudziło mnie słońce. Tradycyjnie taksówką pod szpitalny budynek, tym razem C. Tam wręczono mi moje papiery rejestracyjne w dużej kopercie i skierowano do budynku M, który tak naprawdę okazał się budynkiem L, tylko z drugiego końca. Miałam ustalone badanie na godzinę 8.10, a już o 8.03 byłam po wszystkim- w szoku. Przyzwyczajona, że na TK trzeba się przygotowywać co najmniej godzinę, wypijając litr wstrętnej anyżkowej wody, zostałam zaskoczona tym, że od razu po wkłuciu wenflonu, zaproszono mnie na badanie. Oszołomiona szybkością, dopytywałam się o kontrast w wodzie, na co usłyszałam, że pić to będę, ale po badaniu. Badanie odbyło się z prędkością światła, i nawet nie zdążyłam odczuć lewej ręki, która zawsze sprawiała mi problem przy takiej okazji. Dopiero na poczekalni, czekając zalecone 20 minut na usunięcie igły, dowiedziałam się od pacjentki, że w tym szpitalu mają najnowocześniejszy tomograf w całym DM. Także tak. Mam porównanie ile czasu zostało zaoszczędzone, a przez to ilu pacjentów więcej można obsłużyć, jak szpital posiada odpowiedni sprzęt.

Po, już nie kurcgalopkiem a spokojnym spacerem, wystawiając łeb do słońca, udałam się do budynku G. (Nie wiem ile hektarów zajmuje ten szpital, ale co się człek nachodzi pod górę i z góry,  to jego). Tam prosto do Koordynatorki i mówię: Dzień dobry, p. Profesor prosiła, żeby za pośrednictwem pani, w dniu mojego badania TK zostawić informację, że się badanie odbyło. Na co Koordynatorka poprosiła moje nazwisko, wklepała w komputer i po chwili odkrywczym głosem ( ciut pretensjonalnym) rzekła: Ale opisu jeszcze nie ma.- I spojrzała na mnie. Uśmiechnęłam się krzywo, a głos nie chciał się wydobyć ( chyba znowu mi coś opadło); pani się gapi na mnie i w końcu zajarza: uśmiechając się i mrucząc, bierze karteczkę i pisze. Dziękuję i wychodzę. Po drodze kupuję drożdżówkę- muszę się osłodzić ;).

Po pięciu minutach od wejścia do mieszkania pojawia się OM. Ma kila spraw w DM. Zabiera mój bagaż, a ja zostaję i odpoczywam. Nigdzie się nie spieszę, a wizja czterech dni z rzędu bez lekarzy, badań, szpitali…wydaje się obiecująca i w zasięgu…

Wracam w oberwaniu chmury już na rogatkach DM; przez całą drogę leje z różną intensywnością. Rusztowanie wciąż stoi, choć już z tej strony roboty na dachu są skończone. Z drugiej się nie posunęły nawet o centymetr z powodu deszczów.

Jestem w domu :).

Wstawiłam wodę, bo jedzie do mnie LP- stęskniona, bo  zeszły tydzień,  włóczyła się po wyspie gorącej, beze mnie! 😀

 

 

Reklamy