Marne szanse, to też szanse…

W pierwszej klinice, która faktycznie jest nr 1 w DM, wszystko odbyło się z uśmiechem na ustach. Wielu. Czytać zaczęłam w windzie, a skończyłam na krzesełku w holu wyjściowym. Uśmiech znikł, ale w zamian nic się nie pojawiło. Pustka. Zamówiłam taksówkę i w czasie przemieszczania się do kliniki nr 2 spokojnie wysyłałam wieści, najlepiej bez odbioru; bo o czym tu pisać? Odbiór jednak był, więc spokojnie odpowiadałam: nie chciałam wywołać mylnego wrażenia, że wariuję. Bo nie wariuję. Nigdy przez te 17 lat nie wariowałam z powodu skorupiaka.

Pod gabinetem p. Doktor kolejka, więc zanim skopię tyłek skorupiakowi ( co zasugerowała Bliska), to mój kościsty będzie obolały od siedzenia. Wszak potem jeszcze konsylium…O ja naiwna! Przecież u mnie nic normalnie nie może się dziać. Nawet Panią Doktor mam najbardziej roztrzepaną z wszystkich doktorów razem wziętych 🙂 Doktor mnie przeprasza, bo nie ma swojej komórki, gdyż nastawiając budzenie, potraktowała ją jako budzik i nic więcej 😉 Została w domu, a w niej bezpośredni telefon do p. Profesor, która miałaby się ewentualnie podjąć piekielnego leczenia mojej skromnej osoby. Podejmuje próby oficjalnymi ścieżkami- bezskutecznie. Tak że p.Doktor kajając się, prosi o przyjście w piątek. Wysyła mnie jeszcze na markery, a moje wyniki  ma wziąć do domu- o ile nie zapomni 😉

Dzwonię do OM, że zostaję, więc nie bardzo słucham, co mówi. Za moment dzwonię, że jednak wracam, bo dociera do mnie, że OM tego chce. Dziś jedziemy razem, więc odpada jazda za kierownicą, która wczoraj mnie niebotycznie znużyła.

Pod drzwiami laboratorium dziki tłum. Stanęłam w stuporze ze skierowaniem w ręku, szukając wzrokiem, czy jeszcze na drzwiach wisi kartka z informacją, że taka jak ja,  to bez kolejki. Zanim się utwierdziłam, to p. Pielęgniarka wciągnęła, a raczej wepchnęła mnie do środka, śmiejąc się, że robi łapanki przed drzwiami. Rach-ciach  i krew spuszczona. Wracam.

Mam zatrzymuje mnie wizją obiadu. Muszę powiedzieć o wizji leczenia. Nie mogę dłużej ogólnikami, trochę ściemniając; do tego mogłam wykorzystać brak wyników. Obie trzymamy fason i się uśmiechamy. Trochę mnie rozwala telefon od Tuśki. Powtarzam sobie, że oboje z Miśkiem są już dorośli…Tyle że nigdy nie ma dobrego czasu…Myślałam, że da się przeciągnąć do lipcowej obrony Miśka. Ale czy w życiu jest tak, jak ktoś sobie umyśli? Rzadko.

Co wiem? Przede wszystkim, że bez leczenia to droga z biletem w jedną stronę. Boso. Jeśli p. Profesor (z innego szpitala) uzna, że mój przypadek nadaje się do leczenia, jakie ona wdraża, to będę leczona. Jeśli nie, to pozostaje leczenie standardowe, które nie bardzo się sprawdziło…

Dzięki, że jesteście:)

Wczoraj odpłynęłam, nawet nie wiem kiedy, a chciałam napisać co i jak. Dziś obudziłam się dwie godziny przed czasem, więc przed wyjazdem zdążę poinformować. Przykro mi, że nie są to dobre wieści. Paradoksalnie nie jestem rozczarowana, a właściwie inaczej: zaskoczona. W medycynie cudów nie ma. Ewentualnie mogą być pomyłki.

 

 

 

 

Reklamy