I przyszedł poniedziałek…

W niedzielny wieczór, kiedy to oko już mi się przymykało, przebiegająca przez głowę myśl, uświadomiła mi, że przez cały weekend udało się nie myśleć, tylko celebrować lub delektować się daną chwilą. Ale nie, żeby tak całkiem bez stresu, słodko, pachnąco i smacznie. O nie!

W sobotę pojawili się panowie z profesjonalnymi rusztowaniami. I zaczęli je rozkładać. W kanonadzie stukających dźwięków dochodziły mnie też ich głosy: kur..aaa, mam to wyjeb…płaci mi na godzinę, i takie tam inne cha …Moje czyste okno szlag trafił, bo skręcając rusztowanie sypało im się niewiadomoco i niewiadomodlaczego. Pan Właściciel – profesjonalny alkoholik, któremu ręce się trzęsły jak galareta- nadzorował z dołu swoich pracowników, ponaglając, bo nie mógł doczekać się zaliczki, którą Misiek miał mu przekazać po skończeniu, bo tak przykazał wyjeżdżający OM na jubileusz swojej szkoły. Panowie skończyli kole 15. i nastała cisza. Krótka. Do akcji wkroczył Tata, wciągając w to Miśka…Misiek uwolniony po godzinie zajął się obiadem, a Tata- Dziadek wciąż na wysokościach, przyprawiając mnie o nerw, walił, stukał, wiercił…Nawet grzmoty i błyskawice go nie wzruszały. Lunął deszcz, a Tata- Dziadek zszedł piętro niżej rusztowania i skrył się pod wąskim podestem, na co my z Mśkiem parsknęliśmy już śmiechem, bo żadna to osłona…Chyba zrozumiał to, więc zszedł niżej i schował się do kotłowni. Burza minęła, ale wciąż padało, choć już nie tak intensywnie, więc wrócił na wysokości, czym mnie jeszcze bardziej zdenerwował, bo na mokrym rusztowaniu można się pośliznąć przecież. W międzyczasie obiad był już gotowy, w większości dzięki Miśkowi (ja tylko przyprawiłam mięso i pokroiłam dwa składniki wieloskładnikowej sałatki), więc wyszłam mimo deszczu na zewnątrz, zadarłam głowę do góry i ryknęłam: złaź natychmiast, nakarmić cię chcemy. Zlazł. Na pytanie, dlaczego w ogóle tam wlazł i dlaczego w deszczu, usłyszeliśmy, że: musi opracować metodę, zanim przyjadą jego pracownicy; takie wchodzenie i schodzenie to jest dobry fitness; deszcz mu nie przeszkadza, bo przynajmniej jest chłodno. Po obiedzie wlazł z powrotem. Odetchnęłam z ulgą, jak w końcu zlazł i pojechał do siebie. Niedzielny poranek przywitał mnie dźwiękami dochodzącymi z…dachu…Tata- Dziadek dalej opracowywał plan…Całe szczęście, że kole 14. pojechali z Miśkiem już do DM, a ja mogłam spokojnie leżakować (bez wizji spadającego rodzica) na tarasie oddając się lekturze. Jestem w połowie ” małe życie” i już mogę gorąco polecić! Moje błogie leżakowanie przerwał OM, który wrócił i zajął się korespondencją, w której była wiadomość o planowanej kontroli ZUS-u. Jeszcze nie skończyła się już ponad dwuletnia kontrola US, a mamy kolejną. Takie to życie przedsiębiorcy. Małego 😉 Jak na razie nie wiemy, jakie lata ma objąć, bo w piśmie jest napisane, że OM ma się zgłosić telefoniczne w sprawie ustalenia szczegółów.

Niby to normalność, ale…To nie jest dobry czas. Zbyt dużo spraw się nawarstwiło, które OM musi ogarnąć. Sam.

I niech mi ktoś powie, jak żyć z zaleceniem lekarskim: zero stresu? Nie da się!

Telefon kilka minut po 12. przyniósł spodziewaną się odpowiedź: nie ma! Podobno się tak zdarza, tylko jak to ma się do szybkiej ścieżki? Jeśli jutro i pojutrze usłyszę to samo, to o kolejny tydzień przesunie się moje spotkanie z komisją.

Reklamy