Święty spokój racz mi dać…

W żołądku mnie ssie od dwóch dni, mimo że wciąż coś płynnego wciągam. Głodno mi, to i źle mi. Najchętniej przespałabym ten czas, a tu same atrakcje i nerw mi skacze.  Niewyspana, bo wiedząc, że Pańcio kole ósmej wstaje, trzeba było mi te pół tabletki połknąć wcześniej, a nie o wpół do trzeciej w nocy. Jeszcze miałam nadzieję, że pośpi dłużej, bo w sypialni egipskie ciemności, ale mądrala wstał, otworzył drzwi i wyszedł, po czym wrócił i oznajmił: wstajemy babcia, bo w wujcia pokoju słoneczko świeci. Wstałam.

U Teściowej od jakiegoś czasu są Fachowcy. Podobno już kończą robotę, więc OM stwierdził, że ich weźmie do nas. Kiedy mnie nie będzie wymalują kuchnię i salon. Jestem za a nawet przeciw, i to przeciw zaczęło właśnie brać górę. Usłyszałam dziś od OM, że będzie musiał przypilnować Fachowców, bo u Teściowej poszli na żywioł. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak ten żywioł wyglądał. Pilnowania również. Nie wiem, czy będę miała gdzie wrócić.. bo do rozbabranej chałupy wracać nie zamierzam.

Od dwóch godzin mamy akcję pt: klucze. Tata zgubił od swojego auta. Auto otwarte, stoi przy naszej bramie na bazie. Zostawić go na noc strach. Podobno  zostawił klucze  w aucie na siedzeniu, jak to ma w zwyczaju, ale nie jest pewien. Pewne jest, że nie ma ich na siedzeniu ani nigdzie indziej w aucie. Przy aucie również. Zapasowe są w DM. Misiek już wiezie, bo grzebanie w ziemi wraz z kurami i indyczkami nie dało żadnego rezultatu ( wcześniej sam kultywatorował ziemię, bo pracownik się wypiął i nie chciał zarobić- płatne na godzinę). Pewnie się kiedyś znajdą…

Tuśka zamiast w następną niedzielę jedzie do szpitala we wtorek. W ciemno, a raczej na pół-ciemno. Jakaś pacjentka nie potwierdziła przybycia i jeśli do godziny 15. tego dnia się nie zgłosi, to na jej miejsce wskoczy Tuśka. Tuśkowy termin okazał się dla niej niekorzystny, i jeśli się nie uda z tym wcześniejszym, to najprawdopodobniej przełoży na jesień. Także tak…

Przed chwilą dzwonił do mnie Misiek zawrócony ( 30 km od nas) z drogi przez Dziadka, który znalazł klucze. Oczywiście nie tam, gdzie szukaliśmy. Klucze leżały w trawie po drugiej stronie drogi, gdzie Tata wcześniej poszedł oglądać rosnące buraki i leżące, przywiezione,  gałęzie ze ściętych topoli.

Nagle zapragnęłam już być na szpitalnym łóżku i…mieć święty spokój 😉

Oby tylko nie wieczny, bo testamentu nie spisałam…;D

 

 

Reklamy

Przesadziłam…

Najpierw kilka zakupionych kwiatków. Jeszcze kilka pustych donic na tarasie, ale…przystopowałam, bo…kto będzie podlewał, jak mnie nie będzie? Zapytany o to OM, zażyczył sobie spiski na dużym formacie: co, gdzie i kiedy…I tak będę telefonicznie przypominać. Nie tylko o kwiatkach, bo te, to najmniejszy problem, ale szkoda by było.

Potem z telefonami do Miśka. Ale! Kto matce zabroni? Zdalnie sterowana, ale i uparta- że muszę tu i teraz na ten czas! Sam sobie winien, że namówił mnie na ajfona, którego sam kocha miłością bezwzględną. Mam nadzieję, że matkę kocha bardziej albo przynajmniej ma do niej większą cierpliwość. I tak musiałam wymienić telefon na nowy, bo ten stary zniedołężniał i się zawieszał; potrafił  niejeden numer wywinąć i do kogoś, kogo kocham, zamiast love to pięścią wywijał…grrr. Jako że ja wciąż bizneswomen- mimo że rencistka- to pod skrzydłami Telefonicznego Opiekuna, który jest, delikatnie mówiąc: niegramotny. Jak się okazało, umowę na nasze dwa telefony (OM i mój) przedłużył wraz z pozostałymi w firmie, czego OM łaskawie był nie zauważyć, więc było pozamiatane. Tak to bywa, jeśli dwóch gamoni bierze się za załatwianie poważnych interesów.  Ale! Misiek podesłał mi link gdzie i co mam kupić, co natychmiast uczyniłam. Po czym, jak już telefon się znalazł  w moim posiadaniu, wystąpiłam do Opiekuna po nową kartę SIM. W międzyczasie uparcie zgrywając zdjęcia ze starego na kompa, potem na pendrive, żeby Misiek mi wgrał na nowy. Mogłabym bezpośrednio na mojego Acerka, którego biorę ze sobą do DM, ale…no właśnie, przemilczę…;D (się nie będę pogrążać). Kiedy już karta SIM dotarła, Opiekun kolejny raz potwierdził, że niekoniecznie wie, o co chodzi w tej branży, w której świadczy usługi, bo stwierdził, że wystarczy telefon wyłączyć i włączyć, żeby ją aktywować. Toż to ja już jestem bystrzejsza- mimo wyżartych szarych komórek- i wiem, że nie na wszystko działa samo wyłączenie i włączenie- nie ta moc sprawcza! Odpisałam mejlem, co o tym sądzę i zadzwoniłam na infolinię. Załatwiłam: w ciągu 15 minut miałam aktywację 🙂 W międzyczasie (w ciągu dwóch dni) wykonałam do Miśka kilkanaście albo i więcej telefonów, wychodząc z założenia, że po co mam metodą prób, jak mogę zapytać. Wmówił mi, że długość kabelka nie ma znaczenia, kiedy ja uparcie szukałam krótszego, bo wydawało mi się, że tylko taki ma sprawczą moc.  Chciał  to miał ;D Zresztą to nie koniec, bo dopiero w niedzielę, jak przyjdzie do mnie do szpitala, wgra i poustawia mi w ajfonie wszystko to, co chcę i co jest niezbędne. Zdalnie sterowana i samoistnie- w momentach przebłysków- doprowadziłam telefon do  użyteczności: dzwonię i odbieram, net hula…i takie tam inne, reszta poczeka- łącznie z odciskiem palca 😉

W międzyczasie, a nawet wcześniej, uświadomiłam sobie, że w kwestii pobytów w różnych szpitalach, ma osobistość również przesadza. To będzie mój siódmy (nie pobyt tylko szpital), a w jednej z klinik leżałam w sumie na trzech oddziałach; samych pobytów datowanych z noclegiem, nie zliczę. W trzech miastach. Tak że tak. Może nie jakiś rekord, ale…dużo za dużo! W tym momencie zazdraszczam  Mamie mojej Aliś, która jakiś czas temu będąc w szpitalu ze złamaną nogą, na pytanie o ostatni pobyt, odpowiedziała: 48 lat temu jak rodziłam córkę 😀

Dziś ostatni dzień w miarę normalnego jedzenia. Od jutra nie jem mięsa, a w sobotę tylko płynne, w niedzielę soki i wodę. Na sugestię Profesora, coby nie zafajdać łoża operacyjnego. W sumie mówił, żeby nie najeść się przez ostatnie dni smażonych ziemniaków ze schaboszczakiem i zasmażaną kapustą, coby nie było za dużo produkcji ubocznej, ale…Ja tam swoje wiem 😉 I czuję się gorzej niż skazaniec (taki z filmów amerykańskich), który przed egzekucją może sobie zamówić do celi ulubioną potrawę, a ja tu jakiś post. Tak że tak…Teraz siedzę i myślę, co by to było, gdybym tak była na miejscu skazańca…Barszcz czerwony z Mam uszkami albo jakieś krewetkowe szaleństwo.

A  Wy? Co byście zjedli na ostatni posiłek?

Przesadziłam? Wiem…;)

P.S. Przy okazji telefonicznych porządków, pominęłam kilka a może kilkanaście numerów. Niektóre słusznie, niektóre…sama nie wiem, ale myślę, że to całkiem normalny stan rzeczy…Chyba.

Takie tam rekordy…

W piątek nie rozstawałam się z termometrem, co chwilę strzelając nim  sobie w środek czoła albo w skroń, albo w jedno i drugie raz za razem. Różnica czasem była jednego stopnia, co mnie irytowało, ale nie bardziej niż sam fakt, że gdziekolwiek nie strzelę sobie w łeb, to jest powyżej 37 stopni. Kiepskie samopoczucie i wizja, że mogą mnie kolejny raz zaatakować zatoki, pogłębiała tylko mą frustrację. Normalnie to bym gwizdała na ten stan podgorączkowy od czasu do czasu świecący alarmującym czerwonym światłem… Normalnie. Ale! Zdrowa mam być do czasu pójścia do szpitala. Także tak, pobiłam rekord w strzelaniu sobie w „ep”-jak to Bania gada- z termometru.

W sobotę zaś, LP pobiła rekord w ilości mięsiwa na grilla. Tak się przejęła, że to mój  pierwszy i ostatni przed operacją, że później to ja już tylko delikatnie i dietetycznie, więc się postarała. Robiąc jej przyjemność, zjadłam: dwa rodzaje kiełbasek, kaszankę, boczuś, karkówkę…( ciasto i sałatka się nie liczyła;) Opatulona kocem, siedziałam przy samym „piecu”, bo tak można nazwać jej murowany, wbudowany w ścianę grill.  Było mi dobrze, ale  i tak się ucieszyłam, jak  przyjechała Tuśka z Pańciem, który zażyczył sobie, że będzie spał u i z babcią. Pięć godzin ucztowania  wystarczyło w zupełności; gdybym dłużej posiedziała, to pewnie pobiłabym rekord w pożarciu grillowanego i mogłoby mi być niedobrze z przejedzenia 😉  No to się ewakuowaliśmy. Wtulony we mnie Pańcio szybko zasnął, a rano obudził mnie szerokim uśmiechem i przytulasami. Lubię to!

W niedzielę rekord biła PT  w dojeździe na czas z DM do mnie. Cztery godziny spóźnienia, czyli teoretycznie sześć godzin jazdy. Ale i tak najlepsze było to, iż będąc ode mnie 30 km i dzwoniąc, że zaraz będzie…przyjechała po prawie półtorej godzinie. Powinnam się przyzwyczaić, ale tym razem zmylił mnie dzień tygodnia- nie przewidziałam otwartych czasopochłaniaczy 😉 Przesiedziałyśmy do wieczora na tarasie i pod nim…Gadając. PT nie byłaby sobą, gdyby nie zaproponowała mi załatwienie kolejnych piguł, tym razem na lęki. A wszystko dlatego, że powiedziałam iż chucham i dmucham na się, żeby się nie rozłożyć na łopatki.. Zboczenie zawodowe utwierdziło ją, że mój stan podgorączkowy, katar i kaszel, to nic innego, jak lęk przed operacją, a dokładnie, że się nie odbędzie- co wyciągnęła ze mnie. Czy ty raz możesz się mnie posłuchać?-  usłyszałam, a  odpowiedź brzmiała: nie. Według mnie znowu zaatakowały mnie zatoki, które próbuję w zarodku poskromić, i nie z powodu jakiegoś lęku, tylko zmoknięcia i zmarznięcia oraz przebywania z zainfekowaną osobą. Gdybym tego nie doświadczyła, to byłabym skłonna uwierzyć, że moja podświadomość się tak boi, że i ja się bojam i odporność mi siada. Odporność mi siada, to fakt, strach też mi nie jest obcy, ale nie bojam się tak, żeby łykać jakieś piguły. Zresztą, ja i tak żadnych nie trawię, bo mam torsje albo uczulenie. Ale! PT nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała. Według niej, ja mam „dużo za dużo”, więc czemu sobie nie pomóc?  Zapomniała tylko, że jej obecność i rozmowa, więcej daje niż jakaś tam piguła. Kiedy zajechała z powrotem do DM, wysłała  SMSa: Dojechałam, mam twoje okulary, sorry… Na szczęście rossmannowskie, inaczej bym się zapłakała…gdyż pobiłam już rekord w ilości dni czytania jednej książki; muszę ją skończyć do niedzieli, a bez normalnych (od okulisty) okularów nie miałabym szans.

W poniedziałek pobiłam rekord czasowy w zakupie kosmetyków w jednym miejscu. Stałam i gapiłam się jak sroka w gnat, starając sobie przypomnieć co chciałam, i co musiałam kupić, żeby więcej już do tematu nie wracać w tym tygodniu. I oczywiście, pisząc te słowa właśnie sobie przypomniałam czego nie kupiłam…Grrr. Kiedy już wróciłam z ŚM, ogarnęłam psy i się oraz inne stworzenia, i miałam spokojnie usiąść, aby odsapnąć- telefon, a potem dzwonek do drzwi: Pańcio:D

Rozbujały się już bzy, pachnąc opętańczo 🙂 Nie mówiąc o temperaturze, tej zewnętrznej 🙂 A moje autko wciąż obute w zimówki ;(

P.S. Ja się nie bojam, bo mam Ochroniarza, a nawet dwóch 😀

 

 

 

 

Dwa kocie (nie)szczęścia…

Najpierw wydarzył się wypadek…

Nie ma chyba  większego przeciwnika wycinania drzew jak mój Tata. Jednak topola, uważana jest za chwast a nie drzewo, ale mogłaby sobie rosnąć spokojnie, gdyby nie fakt, że zagraża bezpieczeństwu i to potrójnie: trzy stare, ogromne drzewa w środku spróchniałe, rosnące blisko budynków. Dotąd były przycinane, ale w końcu nadszedł czas decyzji…Z pozwoleniem nie było problemu, bo jako ten chwast, to do pewnej średnicy pnia nie jest ono w ogóle potrzebne. Nasze przekroczyły normę, więc stosowny papier uzyskaliśmy. Nie jest to też łatwa i bezpieczna robota, więc oczywiście należało znaleźć odpowiednich fachowców. I tu zonk po całości- niby są, ale z różnych względów  nie chcieli się podjąć. Dziwne, bo targu o cenę nie było, a nie jest to tania impreza. W końcu jakiś odważny się znalazł. Ustalił cenę od godziny= 300 zł. Po czym zabrał się za robotę- i tu mojemu Tacie włos na głowie się zjeżył, którego prawie nie ma, bo jest łysy. Bez żadnego zabezpieczenia, ciął długie, grube konary, które spadając mogły coś uszkodzić. Na sugestie, żeby ciął mniejsze kawałki, odpowiedział, że nie ma czasu, czym jeszcze bardziej Tatę zdumiał, bo przecież płaca za godzinę, i to niemało. (Na potwierdzenie tego, mam już złożoną ofertę, że jak 300/h, to Osoba jest skłonna odcinać plasterkami, choćby pilniczkiem do paznokci :D) W momencie, gdy Tato udał się po pasy zabezpieczające, bo fachowiec ich nie miał, zdarzył się wypadek- spadająca gałąź uderzyła Kotę rodziców. Tego było za wiele na nerwy Taty, wziął i pogonił fachowca od siedmiu boleści. Mogę sobie tylko wyobrazić, co tam się działo.Tata gonił fachowca, a OM pogonił z Pusią do zaprzyjaźnionego weta. Pierwsza doba była kluczowa co do rokowań. Przeżyła. Następnie zapewniliśmy jej codzienną opiekę: przyjechał Brat Mam, potem Rodzice, Mam została dłużej, a jak wyjechała, to przyjechał Tata, więc Kota przez ponad dwa tygodnie nie była sama. Normalnie, to w ciągu tygodnia sama urzęduje na włościach, a weekendy ma gości 😉

Z drugą Kotą w rodzinie jest zupełnie inna sprawa. Okazało się, a raczej przypomniało, że Misiek ma alergie. Dziecko podczas świąt trafiło w ręce Rodzinnej-specjalistki, która zbadawszy bratanka, stwierdziła: następny etap to astma; zalecenie: usunąć kota. Dwugłos- brat się przyłączył do siostry- Miśka tak zdenerwował, że od razu się zbuntował i stwierdził, że leczyć się będzie w DM. Fakt, testy wyszły, że jest uczulony na sierść kota i psa, na równi z pyłkami brzozy i topoli, roztocze, białko i coś tam jeszcze. Postanowił się odczulić. Pani doktor zasugerowała, że być może alergia się uaktywniła (kota ma już trzy lata), dlatego że był chory, organizm osłabiony, a w tym momencie zaczęły pylić drzewa, jednak oczywiście nie wyklucza, że kot również się przyczynia. Zobaczymy. Wesoło nie jest, szczególnie że zamiast wsparcia to słyszy: pozbądź się kota! Propozycja od OM padła, żeby do nas na miesiąc, mimo że reaguje nerwowo na całą tę sytuację, kwitując to słowami: jeszcze tylko astmy Miśka brakuje… Misiek ma żal, że traktowany jest jak dziecko, które nie zdaje sobie sprawy z tego, co się dzieje i czym to grozi. Ustalił z Duśką, że na czas dwóch tygodni, Ona wyprowadzi się Chelsea do mieszkania swojej mamy. Potem się zobaczy, jak i czy się odczuli. Opcja najgorsza, to szukanie dla Koty dobrego domu…

Także tak…Czekamy. Leczymy. Zobaczymy.

 

 

 

 

 

 

Płyń życie…

Obejrzałam film…”Płyń, życie!”….

O kobietach w różnym wieku, o różnym statusie,  które połączył rak piersi w różnym stadium choroby, ale przede wszystkim… chęć  życia. Wspólny cel-  utworzenie drużyny wioślarskiej i wzięcie udziału w zawodach na lagunie weneckiej, pozwolił im zapomnieć o chorobie, i co straciły w związku z nią: spokój, zdrowie, partnera, przyjaciół, pracę…

Choroba, bardzo często powoduje, że żyje się w zawieszeniu…Są osoby, które nawet nie mają z kim pogadać, bo często osoby zdrowe nie potrafią się zachować wobec chorych czy niepełnosprawnych. Unikają więc, a czasem na zawsze znikają z ich życia. Bywa też, nawet chyba częściej, że chora osoba sama unika rodziny, przyjaciół. Dlatego powstają różne stowarzyszenia, grupy, gdzie w swoim towarzystwie, naznaczone przez chorobę, czują się naturalnie i bezpiecznie. Powstają różne inicjatywy, wspólne projekty, tworzą się grupy wsparcia.

Sądzę, że to naturalne, iż pomiędzy osobami, które dotknął ten sam czy też podobny los, nić porozumienia nawiązuje się szybciej, łatwiej i nie zrywa się podczas różnych sztormów związanych z przebiegiem choroby. Płynąc na tej samej łodzi, ku temu samemu celowi, łatwiej jest wspólnie  pokonywać kolejne rafy…

Wydawałoby się, że stworzenie drużyny wioślarskiej jest niemożliwe, ale: Przezorny zawsze ubezpieczony i…śmiertelnie znudzony- cytat z filmu.  A one nie chciały być przezorne i znudzone. W tym wszystkim, w tym całym szaleństwie, najistotniejsze było to, żeby być RAZEM, ale i pokonać własne ograniczenia- fizyczne i psychiczne. Kolejny cytat, który odzwierciedla determinację tych kobiet, jest: jeśli wymiękasz, to nie grozi ci porażka. Warto zapamiętać!

Ciężki temat jakim jest choroba nowotworowa, ale podany lekko, z uśmiechem, motywując tych, którym się nie chce ( nie tylko chorym, ale i zdrowym się zdarza) więc warto obejrzeć – ku pokrzepieniu 😉

Sama (pisałam na blogu, pewnie nie raz) zawsze wybierałam „zdrową grupę wsparcia”, czyli przyjaciół i rodzinę. Jednak zdarzyło mi się zaprzyjaźnić z osobą, którą poznałam podczas pobytu w szpitalu ( w trakcie robienia rekonstrukcji)…Niestety, jakiś czas temu odeszła…Tak, jak w moim przypadku, nie był to nawrót pierwszej choroby, tylko nowe zachorowanie. Nie była nosicielką BRCA1, jednak nasze historie były bardzo podobne. Wznowa pojawiła się  już po pół roku… w sumie walczyła cztery lata. Dlatego, mówiąc o szczęściu, w moim przypadku wcale nie przesadzam- moja wznowa przyszła po sześciu latach, a walka trwa już osiem lat…dwa  razy dłużej…Dlatego unikam porównań, bo hasła: rak piersi, rak…etc…kryją w sobie setki indywidualnych przypadków- rodzai, typów, stopni złośliwości.

Życie będzie płynąć i tak. Z naszym aktywnym lub biernym udziałem. I jak zwykle to od nas zależy, jak je przeżyjemy- nawet w chorobie, pomiędzy nią  można żyć pełną piersią!

Środa zwieńczona pięknym czasem i malowaniem , a czwartek w samo prawie południe dobrą wiadomością- nie ma zmian nowotworowych w wycinku pobranym podczas kolonoskopii.

Tuśka była na Genetyce robić wyniki, które znane będą za jakiś czas. Ale! Najważniejsze jest to, że  badania będzie  miała robione co pół roku, a nie jak ja, co rok. Zaczęła znowu wymiękać i przebąkiwać o przeniesieniu operacji na wrzesień. Zbijam argumenty jeden po drugim…To nic, że pójdzie do szpitala tydzień po mnie. Damy radę!!! 😀

Czwartek, to też rozpoczęcie sezonu leżakowania (się odnalazł) na tarasie:) Dałoby się już rozpocząć we wtorek, ale z racji zagubienia (za dużo  przechowalnianych pomieszczeń) było tylko siedzenie 😉 Poleżałam, poczytałam…z nieodpartym wrażeniem, że czas goni…

Darowizna od serca…

Potrafię się zasmarkać ze wzruszenia, dość często, bo często coś mnie porusza lub wzrusza. Nawet fikcja, bo przecież ona zbudowana jest na prawdziwych wydarzeniach. Prawdziwym wydarzeniem jest pewna darowizna, a nawet dwie. Obie w kwocie miliona złotych. Obie dla konkretnej kliniki: Przylądka Nadziei- ośrodka leczącego onkologicznie najmłodszych pacjentów. Sam ośrodek (nowy budynek) powstał dzięki środkom uzyskanym przez Fundację, działającą konkretnie na ten cel. Dzięki ludziom dobrej woli i ogromnego serca…

Tak sobie pomyślałam, że choć słuszne są zarzuty wobec państwa, że nie wywiązuje się  należycie z opieki zdrowotnej- obywatele muszą wspomagać  budowanie ośrodków medycznych, zbierać fundusze na  ich wyposażenie oraz samo leczenie- którą przecież mamy wszyscy zagwarantowaną w konstytucji, to jednak nie jest to argument, aby nie wspomagać różnych fundacji. Bo nie ma nic cenniejszego niż zdrowie. A kiedy choruje mały człowiek, dla którego medycyna ma wiele do zaoferowania, to należałoby zrobić wszystko, by pomóc; mamy specjalistów, mamy coraz więcej nowoczesnego sprzętu diagnostycznego, jedynie czego brakuje, to kasy na leczenie.

I tak sobie pomyślałam, że w naszym kraju wciąż ważniejsze jest (dla rządzących i kościoła) ratowanie życia poczętego niż tego, które już jakiś czas funkcjonuje na tym świecie. Ci sami, co o nie zawzięcie walczą, negują choćby to, co robi p.Owsiak z Orkiestrą. Na szczęście społeczeństwo swój rozum ma i wie gdzie, komu, i na co swoje datki wrzucać.

Jednak trudno zrozumieć rządzących, dla których rodzina to święta rzecz, a dobro dzieci jest priorytetem,  którzy lekką ręką dają grubo ponad 20 milionów o. Rydzykowi, a nie potrafią wspomóc tej czy innej kliniki, żeby uratować jeszcze więcej dzieci. Dzieci, które po wyzdrowieniu, mogą stać się  pełnosprawnymi obywatelami. Dlaczego nie potrafią należycie się pochylić nad tymi, którzy potrzebują opieki medycznej przez całe swoje życie? Nad dziećmi niepełnosprawnymi i ich rodzinami. Troszcząc się o życie poczęte-w końcu to ich nic nie kosztuje- nie potrafią  zadbać o życie, wtedy gdy ono tego potrzebuje.  Gdzie jest Kościół w tym wszystkim, ze swoim bogactwem,  wciąż dotowany przez państwo i wiernych?

W niedzielę, na koniec świątecznej mszy, nasz ksiądz wspomniał o nowym obrazie w cerkwi, który niedawno zawisł, upamiętniając jedną z cerkwi z ziem łemkowszczyzny, czyli rodziców, dziadków, pradziadków obecnych wiernych. Nie jest to ikona, bo ta kosztuje dużo więcej, ale wspomniał też, że  pustego miejsca na ścianach jest jeszcze sporo i warto by było…Warto. Ale…

Po tym usłyszałam o drugim darowanym milionie. (Obaj darczyńcy chcą pozostać anonimowi). I tak sobie pomyślałam…Żaden obraz nie jest wart ludzkiego życia i jeśli ja mam dać pieniądze, to wolę na fundacje, która je  ratuje. Żebym była dobrze zrozumiana: nie mam nic przeciwko, że w niewielkiej cerkwi, kościele, wierni składają się, aby ich świątynia była coraz piękniejsza i robią to z potrzeby serca. Każdy ma wybór. Ja to rozumiem i szanuję. Trudniej mi zrozumieć jednak te wszystkie datki płynące z kraju i zagranicy od rodaków na świątynie opatrzności, których w naszym kraju jest wiele…I tak sobie pomyślałam: Boże dzięki ci za takich darczyńców, dla których życie ludzkie jest cenne…a nie kolejne mury ociekające przepychem…

Nasze państwo za sprawą rządzących rozporządza naszymi pieniędzmi tak nieudolnie, tak niesprawiedliwie, nie od dziś. Jednak za sprawą tak radykalnie prawicowych rządów, tej niesprawiedliwości będziemy doświadczać coraz częściej.

Obecny Minister Zdrowia, który wcześnie kierował NIL- Naczelną Izbą Lekarską- już na samym początku sprawowania swego urzędu, przekazał 16 milionów dotacji…samorządowi lekarskiemu. No cóż…nie zapomniał o kolegach…

Zamiast o pogodzie…też na „p”

Pogarda.

Co sobą wyraża każdy wie, i chyba nie ma człowieka, który na własnej skórze jej  nie doświadczył. Wszak stoi za nią całe  spektrum zachowań: od lekceważenia, nieposzanowania…po upokorzenie…do nienawiści.

Mam wrażenie, że obecnie jesteśmy nią zalewani czy chcemy, czy nie. Wprawdzie wokół siebie  mamy życzliwe nam i innym osoby, to w sferze publicznej leci w naszą stronę błoto, które wbrew pozorom nie spływa jak po kaczce. I nie mam na myśli hejtu, który każdy może na własne oczy doświadczyć, o ile jest czynnym lub biernym uczestnikiem sieciowych dyskusji; ludzie zawsze byli różni, a niektórym emocje szkodzą. Nie mam też na myśli pogardy w wypowiedziach  różnej maści polityków  wobec siebie. Nie. To było i będzie zawsze, niezależnie kto jest opozycją a kto rządzi,  bo polityka to brudna gra. Choć przyzwoitość nakazuje, choćby odrobinę szacunku dla rozmówcy. Jednak to nie mój problem, jeśli nawzajem, na wizji sobą gardzą- poza bywa już różnie. Widz, słuchacz ma igrzyska. Specyficzny widz; pozostali coraz częściej używają  pilota. Mają dość.

Mam na myśli pogardę wobec zwykłego obywatela, od tych, którzy słowo suweren odmieniają przez wszystkie przypadki. Może jestem przewrażliwiona, ale tyle arogancji i buty podszytych wzgardą wobec zwykłego szarego żuczka, ale myślącego( inaczej niż partia rządząca) jeszcze nie było, odkąd mamy ustrój demokratyczny… Ale co tam zwykły żuczek. Nie każdy nawet zauważy, że właśnie został poniżony. Uznany za idiotę, któremu można wmówić wszytko, bo w końcu to jest „dobra zmiana”, której sam przecież chciał. Nie chciał???

Agresja najczęściej bierze się z bezradności. Jeśli rodzic nie ma argumentów, sięga po…klapsa…albo zakazy, nakazy: bo tak!

Władza…

Jeśli w dyskusji jedna ze stron nie potrafi obronić swoich racji argumentami, sięga często do tak zwanych chwytów poniżej…kultury. Obraża, poniża, manipuluje..

I to się własnie dzieje  na naszych oczach: festiwal pogardy. Wobec autorytetów różnych dziedzin, wobec obywateli.

Osobiście jestem tym przerażona. Bo pogarda wobec innych, to droga do nienawiści. Zapalczywej, okrutnej- tym bardziej nikczemnej, bo nienawiści z niewłaściwych powodów…

O pogodzie też będzie:) Wprawdzie słońce od czasu do  czasu bez humoru- zachmurzone- ale wystarczające aby umilić dotychczasowe świąteczne, wolne dni. Dni upływające leniwie. Trochę swędzące, bo okazuje się, że mnie mogą nawet uczulić leki homeopatyczne. Trochę kaszlące- za sprawą Miśka, który przebadany kolejny raz, z uporczywym niemijającym kaszlem ma podejrzenie alergii. No cóż, Rodzinna ma odpowiednią specjalizację.  Siostra z Bratem ( ciocia z ojcem) już wydali wyrok, a Misiek zaparł się, i tkwi w uporze,  bo…podejrzenia padły na Chelsea. Dorosły jest, więc zrobi, co chce. Najpierw skończy leki, a potem zrobi testy- to Jego słowa. Może Koty nie wpuszczałby do sypialni?- to moja sugestia.

OM zaproponował wypad nad morze- Tuśka donosi, że pogodnie i fajnie- ale mnie się nie chceeeeee…a powinno chcieć!