Święty spokój racz mi dać…

W żołądku mnie ssie od dwóch dni, mimo że wciąż coś płynnego wciągam. Głodno mi, to i źle mi. Najchętniej przespałabym ten czas, a tu same atrakcje i nerw mi skacze.  Niewyspana, bo wiedząc, że Pańcio kole ósmej wstaje, trzeba było mi te pół tabletki połknąć wcześniej, a nie o wpół do trzeciej w nocy. Jeszcze miałam nadzieję, że pośpi dłużej, bo w sypialni egipskie ciemności, ale mądrala wstał, otworzył drzwi i wyszedł, po czym wrócił i oznajmił: wstajemy babcia, bo w wujcia pokoju słoneczko świeci. Wstałam.

U Teściowej od jakiegoś czasu są Fachowcy. Podobno już kończą robotę, więc OM stwierdził, że ich weźmie do nas. Kiedy mnie nie będzie wymalują kuchnię i salon. Jestem za a nawet przeciw, i to przeciw zaczęło właśnie brać górę. Usłyszałam dziś od OM, że będzie musiał przypilnować Fachowców, bo u Teściowej poszli na żywioł. Nawet nie chcę sobie wyobrażać, jak ten żywioł wyglądał. Pilnowania również. Nie wiem, czy będę miała gdzie wrócić.. bo do rozbabranej chałupy wracać nie zamierzam.

Od dwóch godzin mamy akcję pt: klucze. Tata zgubił od swojego auta. Auto otwarte, stoi przy naszej bramie na bazie. Zostawić go na noc strach. Podobno  zostawił klucze  w aucie na siedzeniu, jak to ma w zwyczaju, ale nie jest pewien. Pewne jest, że nie ma ich na siedzeniu ani nigdzie indziej w aucie. Przy aucie również. Zapasowe są w DM. Misiek już wiezie, bo grzebanie w ziemi wraz z kurami i indyczkami nie dało żadnego rezultatu ( wcześniej sam kultywatorował ziemię, bo pracownik się wypiął i nie chciał zarobić- płatne na godzinę). Pewnie się kiedyś znajdą…

Tuśka zamiast w następną niedzielę jedzie do szpitala we wtorek. W ciemno, a raczej na pół-ciemno. Jakaś pacjentka nie potwierdziła przybycia i jeśli do godziny 15. tego dnia się nie zgłosi, to na jej miejsce wskoczy Tuśka. Tuśkowy termin okazał się dla niej niekorzystny, i jeśli się nie uda z tym wcześniejszym, to najprawdopodobniej przełoży na jesień. Także tak…

Przed chwilą dzwonił do mnie Misiek zawrócony ( 30 km od nas) z drogi przez Dziadka, który znalazł klucze. Oczywiście nie tam, gdzie szukaliśmy. Klucze leżały w trawie po drugiej stronie drogi, gdzie Tata wcześniej poszedł oglądać rosnące buraki i leżące, przywiezione,  gałęzie ze ściętych topoli.

Nagle zapragnęłam już być na szpitalnym łóżku i…mieć święty spokój 😉

Oby tylko nie wieczny, bo testamentu nie spisałam…;D