Takie tam rekordy…

W piątek nie rozstawałam się z termometrem, co chwilę strzelając nim  sobie w środek czoła albo w skroń, albo w jedno i drugie raz za razem. Różnica czasem była jednego stopnia, co mnie irytowało, ale nie bardziej niż sam fakt, że gdziekolwiek nie strzelę sobie w łeb, to jest powyżej 37 stopni. Kiepskie samopoczucie i wizja, że mogą mnie kolejny raz zaatakować zatoki, pogłębiała tylko mą frustrację. Normalnie to bym gwizdała na ten stan podgorączkowy od czasu do czasu świecący alarmującym czerwonym światłem… Normalnie. Ale! Zdrowa mam być do czasu pójścia do szpitala. Także tak, pobiłam rekord w strzelaniu sobie w „ep”-jak to Bania gada- z termometru.

W sobotę zaś, LP pobiła rekord w ilości mięsiwa na grilla. Tak się przejęła, że to mój  pierwszy i ostatni przed operacją, że później to ja już tylko delikatnie i dietetycznie, więc się postarała. Robiąc jej przyjemność, zjadłam: dwa rodzaje kiełbasek, kaszankę, boczuś, karkówkę…( ciasto i sałatka się nie liczyła;) Opatulona kocem, siedziałam przy samym „piecu”, bo tak można nazwać jej murowany, wbudowany w ścianę grill.  Było mi dobrze, ale  i tak się ucieszyłam, jak  przyjechała Tuśka z Pańciem, który zażyczył sobie, że będzie spał u i z babcią. Pięć godzin ucztowania  wystarczyło w zupełności; gdybym dłużej posiedziała, to pewnie pobiłabym rekord w pożarciu grillowanego i mogłoby mi być niedobrze z przejedzenia 😉  No to się ewakuowaliśmy. Wtulony we mnie Pańcio szybko zasnął, a rano obudził mnie szerokim uśmiechem i przytulasami. Lubię to!

W niedzielę rekord biła PT  w dojeździe na czas z DM do mnie. Cztery godziny spóźnienia, czyli teoretycznie sześć godzin jazdy. Ale i tak najlepsze było to, iż będąc ode mnie 30 km i dzwoniąc, że zaraz będzie…przyjechała po prawie półtorej godzinie. Powinnam się przyzwyczaić, ale tym razem zmylił mnie dzień tygodnia- nie przewidziałam otwartych czasopochłaniaczy 😉 Przesiedziałyśmy do wieczora na tarasie i pod nim…Gadając. PT nie byłaby sobą, gdyby nie zaproponowała mi załatwienie kolejnych piguł, tym razem na lęki. A wszystko dlatego, że powiedziałam iż chucham i dmucham na się, żeby się nie rozłożyć na łopatki.. Zboczenie zawodowe utwierdziło ją, że mój stan podgorączkowy, katar i kaszel, to nic innego, jak lęk przed operacją, a dokładnie, że się nie odbędzie- co wyciągnęła ze mnie. Czy ty raz możesz się mnie posłuchać?-  usłyszałam, a  odpowiedź brzmiała: nie. Według mnie znowu zaatakowały mnie zatoki, które próbuję w zarodku poskromić, i nie z powodu jakiegoś lęku, tylko zmoknięcia i zmarznięcia oraz przebywania z zainfekowaną osobą. Gdybym tego nie doświadczyła, to byłabym skłonna uwierzyć, że moja podświadomość się tak boi, że i ja się bojam i odporność mi siada. Odporność mi siada, to fakt, strach też mi nie jest obcy, ale nie bojam się tak, żeby łykać jakieś piguły. Zresztą, ja i tak żadnych nie trawię, bo mam torsje albo uczulenie. Ale! PT nie byłaby sobą, gdyby nie spróbowała. Według niej, ja mam „dużo za dużo”, więc czemu sobie nie pomóc?  Zapomniała tylko, że jej obecność i rozmowa, więcej daje niż jakaś tam piguła. Kiedy zajechała z powrotem do DM, wysłała  SMSa: Dojechałam, mam twoje okulary, sorry… Na szczęście rossmannowskie, inaczej bym się zapłakała…gdyż pobiłam już rekord w ilości dni czytania jednej książki; muszę ją skończyć do niedzieli, a bez normalnych (od okulisty) okularów nie miałabym szans.

W poniedziałek pobiłam rekord czasowy w zakupie kosmetyków w jednym miejscu. Stałam i gapiłam się jak sroka w gnat, starając sobie przypomnieć co chciałam, i co musiałam kupić, żeby więcej już do tematu nie wracać w tym tygodniu. I oczywiście, pisząc te słowa właśnie sobie przypomniałam czego nie kupiłam…Grrr. Kiedy już wróciłam z ŚM, ogarnęłam psy i się oraz inne stworzenia, i miałam spokojnie usiąść, aby odsapnąć- telefon, a potem dzwonek do drzwi: Pańcio:D

Rozbujały się już bzy, pachnąc opętańczo 🙂 Nie mówiąc o temperaturze, tej zewnętrznej 🙂 A moje autko wciąż obute w zimówki ;(

P.S. Ja się nie bojam, bo mam Ochroniarza, a nawet dwóch 😀