Daję znak, co i jak…

Nieprzytomnam. Funkcjonuję, ale sama się zastanawiam jak. To trwa tak od zeszłego wtorku, z przerwami na bardziej świadome życie. Lecę na jakimś półautomacie…

Badanie potwierdziło, że coś z zewnątrz nacieka, a tak jest okej- jeśli w ogóle wznowa może być  okej. Przeżyłam je bez problemu i bezboleśnie (prawie)- zupełnie nie pamiętając, co się dzieje, i co gorsza- co mówił p. Doktor, ani co bardziej gorsza mówiłam ja. Może jakieś głupoty? Nieprzytomna zadzwoniłam po OM, który po trzech moich słowach zorientował się, że nie bardzo kontaktuję, i zjawił się ekspresowo. (Ja tego nie pamiętam). Przynajmniej mogłam oprzeć głowę i dalej kimać czekając na wypis i opis. Trochę to trwało, więc zdążyło mi się zrobić niedobrze, a komu dzisiaj dobrze? i poszłam (kurcgalopkiem) chlusnąć. Swoją drogą, ciekawe ile w człowieku mieści się płynów, mimo iż wcześniej oddał tak wiele…W domu przysypiałam, praktycznie do wieczora. A potem i tak łóżko, bo dziś znowu pobudka z budzikiem i wyjazd.

U mojej p. Doktor ekspresowo, bez kolejki. Nie zostałam zjedzona, ani rozszarpana na kawałki, bo w tym czasie i tak nikogo nie przyjmowała. Ilenka, oczywiście wyciągnęła kartę, ale i tak kazała iść  się spytać, czy zostanę przyjęta. A p. Doktor na mój widok i zdanie, że będę czekać grzecznie w kolejce, odpowiedziała, że mam wziąć kartę i od razu wchodzić. Także tak…wszystko przez Ilenkę 😉

Później już tylko schody, bo biurokracja, biurokracja, biurokracja…Miałam nadzieję, że uda mi się Profesora dorwać na oddziale ( nie przyjmuje w poradni), ale mimo tego, że udałam się prosto do sekretariatu z rekomendacji p. Doktor, to  nic z tego nie wyszło. Profesor na zabiegach, a ja i tak muszę przejść przez  ścieżkę poradnianą- o czym wiedziałam wcześniej, bo tak samo było z Tuśką. A w poradni zagwozdka jak mnie zarejestrować: czy do onkologa  czy do chirurga onkologa. Żeby było śmieszniej, to ten sam lekarz- przeważnie. Problem tylko taki, że onkolog przyjmuje codziennie, chirurg  raz w tygodniu, w  czwartki. Dziewczyny chciały jak najlepiej i jak najszybciej, ale po konsultacji ( mojej) z lekarzem- co zresztą logiczne było,- musiały zarejestrować do chirurga. Na przyszły tydzień miejsc nie ma, wiec dopiero na 5 maja. Przyjęłam to dzielnie na klatę, wiedząc, że muszę uruchomić inną ścieżkę; zadzwoniłam do OM z przekazem co i jak.

Z racji tej, że jutro hucznie świętuję przejście Koleżanki w drugie półwiecze, postanowiłam zakupić sobie na tę okazję bluzkę. Tak po prawdzie, to z tej okazji zapomniałam zapakować (ale wino wzięłam!) do walizki z domu. W sklepie okazało się, że mam zablokowaną kartę, przy zakupie…butów 😉 Na szczęście zawsze mam przy sobie gotówkę, ale…byłam tym faktem zaskoczona. Jednak ostatnio pewne bodźce do mnie docierają z opóźnieniem albo wcale, to jakoś specjalnie nie zareagowałam. W tym samym czasie zadzwonił Misiek z pytaniem, czy mogę rozmawiać. No nie, i poinformowałam, że za godzinę będę u Babci. Po czym po chwili się zorientowałam, że przecież może coś ważnego. Dzwonię z pytaniem, czy ma chwilę, by do mnie dojechać, to coś zjemy razem. Owszem, tylko gdzie? No właśnie, gdzie ja jestem? Pytam się pani sprzedawczyni…Tak…byłam w największym centrum handlowym w DM, o nazwie sławnej, zanim to centrum powstało, a mnie wyleciało z głowy- nietomna chodzę jak nic…

Misiek dojechał, zjedliśmy, porozmawialiśmy, poszliśmy na parking popodziwiać jego nowe cacuszko na czterech kołach, rozstaliśmy się i ja wróciłam, aby jednak kupić bluzkę. I znowu próbuję kartą- nic z tego. W tym momencie już się zaniepokoiłam i dzwonię do OM. On do banku, i co się okazało…Bank zablokował mi kartę, bo nie autoryzowałam zakupu na kwotę 1400 złotych, podobno ktoś z banku do mnie dzwonił. Jak przez mgłę pamiętam  krótką rozmowę, w czasie jazdy autem, i moje słowa, że teraz nie mogę rozmawiać, bo prowadzę, a na pytanie, kiedy można zadzwonić, odpowiedziałam, że w poniedziałek. Było to w zeszły piątek, gdy skonana wracałam z DM do domu. Wyleciało mi z głowy, szczególnie że nawet nie dosłyszałam o co chodzi, przekonana, że bank dzwoni z jakąś ofertą. Okazuje się, że ja miałam limit na karcie, i ktoś, kto ją  w jakiś sposób skopiował, przeprowadził transakcje, zakupując za granicą na właśnie tę kwotę, przekraczając mój limit dzienny, więc bank potrzebował potwierdzenia. Ja byłam nietomna, ale w banku okazali się całkiem przytomni, bo od razu transakcję zablokowali, blokując mi kartę. Szkoda tylko, że dowiedziałam się o tym w momencie zakupów. A może ten ktoś przez telefon mi o tym powiedział, tylko ja myślami byłam gdzie indziej…Jak mocno byłam poza rzeczywistością, świadczą  tylne prawe drzwi mojego auta. Nie wiem, czy sama (ale chyba do jasnej cholery ciasnej, zauważyłabym, jakbym w coś walnęła), czy ktoś mi je wgniótł i zarysował. Zauważyłam dopiero w poniedziałek, kiedy Pańcia odbierałam z przedszkola. A parę chwil wcześnie nie widziałam, mimo że je otwierałam, mocując tam fotelik. Tak że tak.

Z konta nie uciekła mi ani jedna złotówka, ale kartę muszę wyrabiać nową. Miałam szczęście, że był limit, i że ktoś od razu na większą sumę chciał mnie oskubać, robiąc zakupy.

Jak już dotarłam do Mam, wypiłam kawę, zadekowałam się w mieszkaniu obok (sąsiadka z góry ogląda jakiś serial a ja słyszę każde jedno słowo), z bankiem się wyjaśniło, to  kolejny raz zadzwonił OM.

Z Profesorem jestem  umówiona we wtorek. W ten wtorek. Dobrze, że nie w poniedziałek, bo bym już  zapuściła korzenie w DM- do domu wracam  w niedzielę.

edit.

Zapomniałabym o rewelacji dnia.

Naocznie nie widziałam pisma, ale OM zrelacjonował, że ZUS uznał, iż należy przedłużyć  mi rentę o…rok! Zaskoczył mnie pozytywnie, że mnie nie wzywał, ani nikogo nie przysyłał, tylko po to, by obejrzeć mój dowód, jak to odbyło się ostatnio. Także tak…nawet ZUS uznał, że sprawa jest poważna, i jestem niezdolna CAŁKOWICIE!