Wymiatam, czyli nic na siłę…

Najpierw wzięłam się za truskawki. Mrożone. Dotarło do mnie, że to już kwiecień, a w moim zamrażalniku wciąż kilka woreczków tych owoców ma się całkiem dobrze. Codzienny koktajl z innymi owocami i odrobiną jogurtu- już zrobił miejsce na nowy sezon, który tuż, tuż…No może nie tak już, ale zleci ani się obejrzę. Wy też.

Wzięłam się za taras i wymiotłam zimowe brudy, a przede wszystkim pozbyłam się świerkowych gałązek wetkniętych  jeszcze w grudniu do doniczek. Dwadzieścia stopni i dwie kreski w wiosennym powietrzu, zmobilizowały mnie do przetarcia tarasowych okien, cobym lepiej tę wiosnę widziała, a nie przez pryzmat mleka, które już jakiś czas temu zafundowała mi  koleżanka.  Z rozpędu wzięłam się też za grabie. Sąsiad ma drzewa, ja mam liście i igliwie  na bazie ( nie mylić z kotkami). Szału nie ma, jest zadyszka. To było na tyle, może dlatego, że nikt mnie nie wkurzył 😉 Energia zgasła. Za to w poniedziałkowy wieczór padłam jak odurzona kawka ( jak ktoś widział to wie ) ze sprecyzowanymi planami ( wymiatania) na wtorek. Miałam wziąć się za sypialnie. Miałam. Czułam się jednak tak, jakbym poprzedni dzień spędziła  co najmniej na siłowni. Aktywnie. Poczucie obowiązku przegrało z odczuciem „nic na siłę”.

Kolejny ciepły dzień, drzwi na taras szeroko otwarte, w każdej chwili można wyjść na zewnątrz bez ubierania kolejnych warstw- to lubię najbardziej!  Stanęłyśmy ( dzień wcześniej)  obie z Teściową przed „naszym” poletkiem do uprawiania. Siej i rób sobie co chcesz, bo ja już nie mam sił na to- usłyszałam. Ja też. Ale! Dymkę, koper, może sałatę- tak by mieć pod ręką. Mam deja vu, ponieważ  w tamtym roku również usłyszałam te słowa, ale zanim LP cokolwiek  zrobiła ( w ramach przyjacielskiej pomocy, bo przypominam, że wiosną dopiero co chemię skończyłam), to Teściowa już 2/3 poletka obsadziła ziemniakami. W tym roku nie, co znaczy,  że faktycznie nie czuje się na siłach.  Szału nie będzie, bo choć niewiele jest do obrobienia, to i tak, jak  dla mnie za dużo. Zresztą nie wiem czy coś z tego będzie, bo Myśka lubi się tam wygrzewać. Chyba myśli, że się wczasuje na Kanarach, bo mamy taką szarą ziemię, jak na niektórych plażach wysp powulkanicznych. W każdym razie dymkę już miałam zakupioną, więc stwierdziłam, że poczekam na środę i zapowiedziany ( przelotny!) deszcz, coby w popiół nie sadzić.

Ale! Późne popołudnie, czyli pomiędzy 17 a 18, stwierdzam, że wstawię już ziemniaki, najwyżej odgrzeję, jeśli OM nie zjawi się w międzyczasie, więc ruszam swój tyłek do kuchni, mój wzrok  pada na okno…Paczę, paczę, i co widzę? Teściową  wymachującą  haczką na poletku. Ożeż! W pierwszej chwili chcę gnać do Niej, w drugiej stwierdzam, że nie…A niech sobie macha. Nic na siłę! Zresztą ja mam pyry na gazie…by po chwili stwierdzić, że gaz się skończył, a żadnego chłopa na podorędziu. Chciał nie chciał, poszłam. Haczki nie wyrwałam, ale pograbiłam i wsadziłam pięć rządków dymki. Teściowa widząc, że mam zawroty głowy w momencie wstawania z kucków   przysiadu,  wyganiała mnie do domu, martwiąc się, że za dużo robię naraz. Bałam się, że mnie tą haczką jeszcze wymiecie z podwórka, to sobie w końcu poszłam. Już raz, dawno temu, przegoniła mnie miotłą, więc wprawę ma.Także tak.

Padłam jak nieżywa  kawka.