Nie sposób wszystkim pomóc…

Ale! Wszyscy mogą pomagać. Wystarczy chcieć. Wystarczy raz, dwa, kilka, kilkanaście razy w roku kogoś wesprzeć. Dużą, małą, maleńką, symboliczną kwotą. W ilości pomagaczy jest siła.  Tak!  Nie sposób wszystkim,  nie wszyscy też publicznie o to proszą, a nawet nie proszą w ogóle.  A nawet jeśli już… To komu, jeśli wokół tyle nieszczęść, chorób…?

Chyba nie ma nic gorszego, niż świadomość chorego i jego bliskich, że to pieniądze, a właściwie ich brak, stoją na przeszkodzie powrotu do zdrowia; Że jest lek, który pomoże wyzdrowieć, przedłuży życie albo da tylko nadzieję. Niestety,  nierefundowany, poza możliwościami finansowymi pacjenta. Zwykły Kowalski ma trudniej niż np. osoba publiczna, musi  liczyć na własne oszczędności o ile je posiada, wsparcie rodziny, znajomych. Może udać się pod skrzydła fundacji, i w ten sposób zwiększyć swe szanse na zebranie kwoty potrzebnej na leczenie. W dzisiejszych czasach dużo łatwiej dotrzeć  z prośbą o pomoc poprzez różne media.  Ale i tu większe szanse ma osoba znana, lubiana, ceniona. Logiczne i normalne jest, że ktoś taki wzbudza większy odzew, dociera ze swoją prośbą do mas, automatycznie zwiększając  możliwości w zbiórce pieniędzy. Niestety, również wzbudza niechęć. Bo jak? Bo co z przysłowiowym zwykłym Kowalskim? Nic. On/Ona najczęściej z trudem, ale godzą się na to, że choć jest lek, to niedostępny, nierefundowany…

Każdy może zwrócić się o pomoc, zawalczyć. Tak jak w chorobie, i tu nie ma równych szans. I co z tego? Przecież ci krzykacze, którzy pienią się, że taki np. artysta śmie prosić o pieniądze na terapię- gdy przecież według ich wyliczeń powinien na nich spać, kąpać się w nich czy co tam jeszcze- i tak najczęściej  nie pomoże ani artyście, ani zwykłemu Kowalskiemu, nikomu. Wyrzuci tylko swą złość, obnaży swe ubóstwo ducha i brak empatii. A wystarczyłoby, żeby siedział cicho. Gdy słyszę: nie pomagam, nie wysyłam, bo i tak wszystkim nie pomogę- to sobie myślę, że to jest zwykłe uproszczenie, wymówka. Usprawiedliwienie. Ale ok. Tylko po co i przed kim? Przecież nikt nikomu nie każe pomagać.

Zdarzyło mi się wysyłać (różne kwoty) w beznadziejnych sytuacjach- według mojej własnej świadomości i pewnego doświadczenia. Wiara i nadzieja tych osób, ich bliskich, chęć do walki wystarczyła, by zrobić przelew. Tu się nie kalkuluje. Tu działa serce.

Czy sama poprosiłabym o takie wsparcie?  Dziś myślę, że nie( zawsze tak myślałam). Właściwie wiem na pewno, że być może  tylko wtedy, gdybym  miała stuprocentową  gwarancje wyleczenia… Gdyby lek był sprawdzony i skuteczny, ale…nierefundowany i nie na moje i bliskich możliwości. Ale dalej nie wiem, czy wyszłabym z tym do ludzi…Jednak nikomu, nigdy nie odmówiłabym prawa do publicznej prośby o pomoc, zbiórki, etc…Nigdy. Niezależnie kim jest, co w życiu osiągnął, ile ma lat…Choroba nie wybiera, często stawiając pod ścianą. Wybór zaś mają pozostali: pomóc lub nie. Proste. Nie chcesz, masz prawo, tylko nie komentuj, oceniając tego, który prosi o pomoc. Czasem po prostu zbyt mało  wiesz…

Dobro wraca. Banał? Nie! Samo to, że nie jesteśmy obojętni, sprawia, że czujemy się szczęśliwsi.  Są osoby, które całym swym życiem czynią dobro.  Każdy na własny sposób, w miarę swoich możliwości, również może je czynić…Wystarczy chcieć…