Niekompatybilna…

Nie mogę zgrać się z kalendarzem; niby wiem, że to luty, ale który dzień, tydzień, to kiełbasi mi się co chwilę…Gdzieś mi się czas pogubił w czasoprzestrzeni…

Najpierw z czasem walczyłam na małym laptopie, który nie chciał mnie wpuścić w za hasłowane rewiry, sugerując, że coś mam z zegarem nie tak. Spojrzałam, i rzeczywiście: zegar się późnił, a i data się nie zgadzała…Tyle że, uparcie ustawiałam 4, a nie 11, dopiero sugestia przy automatycznym ustawieniu zegara w strefie czasowej, iż nie może być dokonana, gdyż rozbieżność czasowa jest zbyt duża, spowodowała, że zorientowałam się, że coś jest nie tak 😉 Lepiej późno niż później…;) Potem w rozmowie z PT powiedziałam, że poniedziałek muszę wykluczyć, gdyż wybieramy się z LP do filharmonii- byłam przekonana, że to już będzie 22 lutego. Albo jestem z tygodniem do tyłu, albo do przodu 😉 Nijak w teraźniejszości  się nie odnajduję;)

Przez całą drogę do DM, OM wygrażał, że rezygnuje z usług pomarańczowych i z całym bagażem inwentarza przechodzi do fioletowych. Po tym, jak kolejny „opiekun” ( pisałam już nie  raz) się nie sprawdza. Aneksy do umów podpisane i wysłane zostały końcem września, a stan rzeczywisty nie uległ zmianie do dziś. Pani w salonie informując nas, że nie ma wglądu do wszystkich naszych danych, bo ma je opiekun, tylko dolała oliwy do ognia. OM stanowczym głosem stwierdził, że rezygnuje z opiekuna i chce być traktowany jak normalny klient. W odpowiedzi usłyszał, że nie może, ze względu na politykę firmy, która klientów firmowych z wieloma numerami, traktuje indywidualnie, jako kluczowych klientów. Na co usłyszała: chyba za karę?!?!?! Pani jakoś udało się dodzwonić do opiekuna i uzyskać interwencje, zatrzymując jednocześnie już napisaną odręcznie skargę. Aneksy mają przyjść niebawem, a za kilka dni ma zostać przeniesiony stacjonarny i internet. Pożyjemy, zobaczymy.

Pijam codziennie. W nałóg mi wejdzie jak nic. Ale dzięki temu,  atakujące wirusy  jakoś dają mi żyć. Dzięki Theraflu. Chyba. Plus soczki świeże i duża dawka wit.C. W miarę możliwości nie bywam tam, gdzie tłum. Każdy taki  wyjazd odchorowuję.

Zimno wróciło, więc korzystając z okazji cenowej, zakupiłam poduchy i kołdrę puchową. Jak się zagrzebię, to wyjdę wiosną…

albo latem…

albo w ogóle.

Żartuję. Chyba.

Reklamy

Za często bywa wyrokiem, nieodroczonym w czasie…

Jak to możliwe, że pacjent, który spędził w szpitalu wojewódzkim dwa tygodnie z powodu wylewu, został wypisany do domu bez żadnych podejrzeń?  Miesiąc później, skarżąc się na potworny ból głowy, został zawieziony przez córkę do szpitala powiatowego, a tam został poddany szerszej diagnostyce  i… Twarz lekarza stężała,; spuścił głowę i poważnym głosem poinformował pacjenta: rak płuc z rozległymi przerzutami. Po czym skierował do onkologa. Rodzina w  szoku, bo jak to możliwe, że w ciągu miesiąca pasożyt-skorupiak  aż tak  się rozprzestrzenił?- Pytają. Odpowiadam, że nie w ciągu miesiąca, po prostu za późno został wykryty. W tym miejscu muszę pochwalić powiatowy szpital, z którym przez całe lata nie miałam do czynienia (osobiście nigdy), a w ciągu ostatniego roku już dwa razy, iż profesjonalnie potrafią się zająć pacjentem, zrobić nawet dodatkowe badania w celu wykluczenia czy potwierdzenia.

Tak, wciąż się dzieje, że choroba nowotworowa jest zbyt późno rozpoznawana i diagnozowana. Z różnych przyczyn. Pacjent nie zawsze wsłuchuje się w to,  co sygnalizuje jego ciało, często bagatelizując objawy; lekarz nie zawsze potrafi skojarzyć objawy i nie daje skierowań na szerszą diagnostykę; skorupiak w zależności od typu i charakteru, potrafi być wredny do imentu, złośliwie się panosząc. Jak to bywa w życiu, i tu trzeba mieć sporo szczęścia.

Z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ja je  mam. W końcu, gdy pojawił się w moim życiu, mógł mnie już w ciągu roku wysłać do lepszego świata. Tak jak moją Babcię. Rozpoczęłam siedemnasty rok, i choć wciąż na polu walki, mogę z całą stanowczością powiedzieć, że szczęście mi sprzyja…Niezależnie od tego, jaki będzie aktualny wynik TK.*  Owszem- przez niektórych  przynajmniej już raz pogrzebana- śmiem żyć, gdy inni przegrywają swe walki tak szybko. Zbyt szybko…

Ludzie lubią dramatyzować, żywić się sensacją… Z wiadomości wiejskich doszły mnie słuchy, że Tuśka po operacji walczy z chorobą…Prawdą jest i operacja, i walka. Brak tylko choroby- na szczęście! Bo walką jest również profilaktyka, o której należy pamiętać! Bo szczęściu należy pomagać! Warto o tym nie zapominać…

Ojciec znajomej nie ma tyle szczęścia. I nieważne, że jest ode mnie starszy, a ja być może nie dożyję jego wieku. On dostał diagnozę razem z wyrokiem. Przez ostatni rok walczył z ZUS-em o wcześniejszą emeryturę (ileś lat pracy w warunkach szkodliwych), gdyż ten nie chciał uznać świadków, którzy poświadczyli dwa lata na gospodarstwie rolnym. No cóż, teraz  bez łaski dostanie rentę, jeśli dożyje…O ironio..

* Wczoraj, będąc blisko kliniki, zadzwoniłam i standardowo usłyszałam: wynik ma status nieopisanego. Upłynęło 15 dni..

Bananem w stronę słońca…

Miałam w planach ze Zwierzem a wyszło z Człowiekiem 🙂 Polną drogą, gdzieniegdzie podmokłą,  pośród łąk, gdzie w lutym( szok) na jednej z nich pasły się krowy, szłyśmy przed siebie w stronę słońca, przez półtorej godziny. Raźnym, równym krokiem. Pod bezchmurnym niebem, pozwalając by słońce o promieniowało nasze uśmiechy. Banan wyrósł u każdej z nas, jak tylko wyszłyśmy z domu 🙂 Radość z ruchu i wiosennego (tak,tak) powietrza odurzyła, jak narkotyk. Chyba. Nigdy takowego nie zażywałam 😉

Dzień wcześniej przesiedziałam osiem godzin u LP, praktycznie nie ruszając się od stołu. Wprawdzie wracaliśmy z OM pieszo do domu, więc zaliczyliśmy prawie dwukilometrowy spacer z księżycem w tle, ale to nie to samo, gdy słońce muska swymi promieniami twarz.  A niedzielę zapowiadali pikną. I taka była!

Wróciłam padnięta, ale szczęśliwa. Śmiałyśmy się jak te wariatki, gdy maszerując nowymi ścieżkami- droga do domu oddalała się, a nie przybliżała. Jak zwykle sezon na ruch rozpoczęłyśmy od maratonu 😉

A na mojej posesji pojawiły się koty:) Obudziły się pszczoły i w powietrzu słychać  trzepot ich skrzydełek.

DSCN8936

***

Tekst ten już  widnieje -w komentarzu pod poprzednim postem- ale warto opublikować twórczość Bani jeszcze raz, dla tych, co komentarzy nie czytają 😉  Wprawdzie Bania twierdzi, że to spółka autorska Roksanna & Bania- jednak mój udział (co najwyżej 5%) w postaci refrenu, to niewielki wkład w porównaniu  z treścią zwrotek, muzyką i wykonaniem, co zostało nagrane 😀

Refren:
Muszę chyba się wystrzelić w kosmos.
Inaczej jak nie krew, to żółć mnie zaleje
i trafi mnie szlag zanim skorupiak sobie poszaleje 😉

Tylko dwadzieścia baniek dla Taty?
Skąpicie Tacie wypłaty?
On za nas się modli i pomstuje!
Niech Go Ojczyzna ratuje!

Mniej dla hospicjów – po co biadolenie!
Przecież to na umrzenie!
Nie lepiej żywym dać w kościele
Trochę więcej hajsu szufelek?

Dzie-dzieciaki mądre i głupie
– przecież nie mogą w kupie!
Po co mieszać się ma mądre
Stworzone właściwym jądrem?!

Dzie-dzieciaki. Biedne, bogate?
O, a ten ma tatę!
Temu na porcelanowym talerzyku,
A tej na ohydnym plastyku.

Pięć stów piechotą nie chodzi
Dlaczego nie każdemu posłodzić
Bo nie ma tyle bejmów?
Skądś się weźmie – się nie przejmuj!

Ach te kupczyki – sprzedawczyki!
Znajdą się na nich haczyki!
Niech dają, niech nie płaczą,
A „dobrą zmianę” zobaczą!

Mam tylko nadzieję, że nas nie zamkną, gdy jakiś policjant albo prokurator-  chcąc się przypodobać władzy- uzna, że uprawiamy jakaś dywersję;)  Od niedzieli mamy zalegalizowaną inwigilację…:(

Słonecznego tygodnia!

Kolejne oszustwo…

Muszę chyba się wystrzelić w kosmos. Inaczej jak nie krew, to żółć mnie zaleje i trafi mnie szlag, zanim skorupiak sobie poszaleje 😉

Oj nabrali się, nabrali, kolejni wyborcy PIS-u. Kto tym razem? Ano handlowcy. Ci, co pałali chęcią wydarcia zagranicznym hipermarketom kasy, która ma być spożytkowana przez ich dzieci- o ile takie mają i się kwalifikują- a im samym dać oręż  złudne poczucie sprawiedliwości i wyrównania szans w tej nierównej konkurencji- ci, którzy z tego powodu zagłosowali na prawą i sprawiedliwą partię. Nie pomoże płacz i zgrzytanie zębów ani okrzyki: zdrada! A przecież jeszcze tak niedawno, nawet sama Premier głosiła wszem  wobec, że ten projekt nie tylko ma ściągnąć 2 mld z podatków, ale przede wszystkim chronić małą przedsiębiorczość. I jak zwykle gęba pełna frazesów, na które nabrali się wszyscy. Wielkie Oszustwo. Co z tego, że były konsultacje, jeśli MF pisze projekt tak, jakby ich w ogóle nie było, a w nim rodzimych handlowców wystawia do wiatru. O co chodzi? Ano o to, że sklepy, które są w sieci np: abc, odido, Lewiatan i  inne (tzw. franczyzowe)- które tak naprawdę dlatego w niej są, by móc podjąć bardziej wyrównaną walkę z sieciami zagranicznymi- których ani powierzchnia, ani obrót nie kwalifikują się do tego, by  płacić dodatkowy podatek wymysłu PIS, będą musiały go zapłacić. Bo nieważne kto jest właścicielem i jaki ma obrót (z kryterium powierzchni zrezygnowano), ale pod jakim szyldem funkcjonuje.  Na krzyki i rozpacz rodzimego małego handlu- resort jest nieczuły. Ma swoją wizję i już! Swoiste poczucie przyzwoitości i spełniania obietnic wyborczych. Przypominam, co nią było: opodatkowanie zagranicznych sklepów wielkopowierzchniowych! Zmuszenie ich, by zaczęły płacić podatki w naszym kraju.

Za e-sklepy  też się wzięli, a co! W końcu w necie są ogromne pieniądze. A jeśli uciekną  z Polski do sąsiadów, to złupią kurierów.

Sprzedaż paliw podciągnęli pod sprzedaż detaliczną, więc w takim układzie mamy jak w banku  podwyżkę na stacjach paliwowych, a co za tym idzie- podwyżki wszystkiego. Ach zapomniałam… będą wzywać na dywanik, by podwyżek nie było. Bogatych prosić, by nie brali na dziecko. Wątpię w skuteczność tych działań, więc być może, już niedługo to wszystko uregulują ustawą. W jedną noc. Nie wątpię zaś w to, że PAD ją podpisze;)

To się nie skończy tylko na tym. W przyszłym roku, na ich sztandarowy projekt  500+ zabraknie pieniędzy, bo choćby się skichali, to nie uszczelnią systemu, tylko będą  nam wyciągać kasę z  kieszeni. A  pomysły na to mają coraz bardziej absurdalne. Nic tylko stąd wiać. Nie tylko wirtualnie.

Czy oni potrafią cokolwiek zrobić z sensem od a do z ???

Jednego jestem pewna: sensownie zaraz wytłumaczą katastrofę smoleńską. W końcu nie po to powołano ponad dwudziestoosobową podkomisję*, która ma na celu uniewinnienie brzozy i postawienie zarzutów wiadomokomu. Oj będzie szoł…Przecież należy zemścić się ukarać tych, co rzekomo śmieli się z tych, co zgineli polegli.

* W podkomisji w przeciwieństwie do komisji, nie muszą znajdować się eksperci- mogą być pseudoeksperci, którzy na parówkach i puszkach od coli udowodnią zamach.

 

Brać nie brać, jeść nie jeść…

Brać! Jeść! Zdecydowanie!

Najpierw o jedzeniu, bo to bliższe ciału. Mojemu.

Oczywiście mam tu na myśli tłuste, ociekające lukrem i nadziewane różaną konfiturą  pączusie:)  Już grubo przed ósmą wystrzeliłam z łóżka (normalnie to zwlekam swe zwłoki dużo później) i kurcgalopkiem zbiegłam na dół do kuchni. A tu rozczarowanie, bo świeżutkie bułki są, a pączków nie ma! OM szybko naprawił swe zaniedbanie, więc zanim śniadanie pojawiło się na stole, pączki już były. Sztuk: 2- słownie dwa! Zmięłam swą uwagę, zanim wystrzeliła z mych ust, stwierdziwszy w duchu, że dla mnie jak na razie wystarczy, a OM obliże się smakiem, jeśli taki z niego sknerus 😉

Co tam kalorie. Nieważne, że na co dzień są dostępne w każdej ilości, ale dziś smakują inaczej i można je  jeść bez wyrzutów sumienia. Nie warto sobie odmawiać, no, chyba że ktoś pączków nie lubi. Ja lubię, ale od święta 🙂  Oczywiście tylko te ze sprawdzonych piekarni, a nie sztuczne, ale tanie z hipermarketów. Tę kwestię mamy już omówioną, wiec smacznego!!! 😀

Branie mnie nie dotyczy. W kwestii 500+. Ale nie widzę powodu, by jakaś rodzina (nawet zarabiająca setki tysięcy rocznie) z brania rezygnowała. No, chyba że tak chce, a nie chce jej się wniosku składać. Albo sumienie będzie ją gryzło. Moralność nie pozwoli. Tyle że ani sumienie, ani moralność nie ma tu nic do rzeczy. Projekt jest pro rodzinny? Jest. Przynajmniej z nazwy i poprzez zaklinanie faktów przez rządzących. Jest na każde dziecko? Ha! I tu jest problem…Według mnie  jest to swojego rodzaju zapomoga, jeśli mamy do czynienia z progiem, od którego pieniądze przysługują na pierwsze dziecko. Progiem jakże niesprawiedliwym, krzywdzącym. Widać to na przykładzie samotnej matki z jednym dzieckiem, gdy dochód na osobę przekroczy 800 złotych. I nieważne czy złotówkę, czy stówę lub dwie. Ale, ale…przecież to projekt pro rodzinny jest! PIS miał szatański  genialny pomysł, by zmusić kobiety do rodzenia dzieci. Chce taka matka dostać od  państwa (tak, tak, od nas wszystkich)  pięć stów? Niech zajdzie w kolejną ciąże, urodzi, a wtedy się załapie. Może nawet na tysiąc złotych, bo jeśli nie wyjdzie za mąż, to automatycznie dochód jej się na członka rodziny obniży. Prawda, że to genialne jest? Ach! …tylko co wtedy z instytucją małżeństwa?! Wszak już teraz  mamy spory odsetek iluzorycznych samotnych matek, żyjących z  niezmaterializowanymi ojcami, którzy niewidoczni są tylko dla opieki (MOPS-u). Ale wierzę w jedyną słuszną partię!!! Tak, tak naprawdę w nią wierzę 🙂 Wierzę, że  zaraz coś wymyśli- mądrego, skutecznego, by ludzie w grzechu nie żyli. Już słyszę, jak trybiki w pisowskich mózgach zaczynają pracować, by spłodzić genialną kolejną ustawę czy projekt…

A wystarczyłoby dotrzymać obietnicy wyborczej. Przyznać wszystkim dzieciom 500 złotych. Po uprzednio złożonym wniosku z odpisem aktu urodzenia. Nie byłby potrzebny sztab ludzi do obsługi tego projektu. Kosztowny. A  każdy rodzic w ciszy własnego sumienia, moralności, naiwności, głupoty i rozumu, sam by decyzję podjął: czy brać, czy nie brać.

 

W gnieździe żmij…

Gdybym w tej chwili opisała ze szczegółami – albo nawet bez nich-historię, która wciąż jeszcze nie ma ostatecznego zakończenia, to czytelnicy mieliby wrażenie, że  wraz z bohaterami znaleźli się w matriksie. Innej rzeczywistości. A może nie? Może jednak właśnie taka jest rzeczywistość- w wielu miejscach, tworzona przez małych zawistnych ludzi. Nie wiem- tak nierealne są pewne zachowania, że aż trudno uwierzyć, że to się dzieje.  Nie wiem nawet, czy potrafiłabym ją opisać- tyle negatywnych emocji powoduje.  Zresztą muszę się powstrzymać, przynajmniej do jej zakończenia. Nie wiem, czy w ogóle to zrobię, bo na samą myśl… krew się we mnie burzy…

W tej historii jest wszystko: zawiść, małostkowość, mobbing, malwersacje, pogarda, zazdrość, niekompetencje, kumoterstwo, poplecznictwo, układ, haki… Swoisty gorący kocioł ludzkiej małości podpalany wrogością, podsycany złośliwością, rozdmuchiwany zawiścią. Pod parasolem układu zamkniętego.

Gdy maski opadają i człowiek ma świadomość, że znalazł się bezbronny w gnieździe żmij, to jedynym wyjściem jest ucieczka. Bez sensu jest walka, bo bez ran się nie obejdzie, a jad jest trujący.  Na nic broń w postaci wiedzy, kwalifikacji, uczciwości, rzetelności…Zresztą w imię czego walczyć? Zdrowie ważniejsze. Ucieczka niekoniecznie na oślep i w emocjach,  ale przemyślana, tak, by żmije same się pokąsały. Z niemocy. Własnej.

Plan jest. Resztę czas pokaże.

A ja się pytam. Retorycznie. Czy nie może być przez chwilę normalnie? Nuuuudnie? Moje granice wytrzymałości są mocno nadszarpnięte. Spokoju mi trzeba, nie tylko zresztą mi!

 

 

Czasem trzeba odpuścić…

Dźwięk przychodzącej wiadomości na WhatsApp zastał mnie przy robieniu porannej kawy do śniadania. Puls przyspieszył, bo byłam świadoma, czego może dotyczyć. Na dodatek, najpierw ukazała się druga część wiadomości, której znaczenie można było różnie interpretować. Przez sekundę, bo potem przeczytałam całość.

Trudno. Taka była moja odpowiedź, choć werbalna była bardziej rozwinięta. Moje starsze dziecię poinformowało mnie, że odrzuciła propozycję objęcia stanowiska kierowniczego po wyrzuconym na zarządzie w piątek poprzedniku.  I w tym samym zdaniu było: i teraz chyba żałuję. Były kierownik został odwołany w trybie natychmiastowym, co oznaczało, że mimo przysługującego mu trzymiesięcznego wypowiedzenia, zbiera manatki i opuszcza stanowisko oraz biuro. Oczywiście gaże będzie pobierał, ale już siedząc w domu. W poniedziałek odbył się zarząd z pracownikami, a właściwie pracownicami, bo pan kierownik był męskim rodzynkiem w tym babińcu. Dziewczyny spodziewały się odwołania, gdyż ich instytucja nie najlepiej funkcjonowała, doprowadzając do dużych zaległości w płatnościach faktur. Obawiały się też, że może zostać rozwiązana, a obowiązki przejmą poszczególne gminy. Zarząd nie ukrywał, że ma zastrzeżenia do kierownika, i tylko kwestią czasu było, kiedy ten zostanie zwolniony; dawano mu szanse, by wdrożył system naprawczy tej sytuacji, ale z niej nie chciał/ nie potrafił skorzystać.  Nie wiedziały tylko, czy mają kogoś na zastępstwo, czy wciąż szukają, a któreś z nich zaproponują p.o. na stanowisku kierowniczym.  No i zaproponowali, a Tuśka z automatu odmówiła. Została koleżanka, która sama się zgłosiła. Problem polega na tym, że dziewczyna się wystraszyła swej decyzji – co tu ukrywać: brak kompetencji- i od razu  chciała wymóc na Tuśce pomoc w kwestiach merytorycznych. Dziewczyny przyznały, że największe kwalifikacje ma Tuśka, ale…na kierowniczkę wolą tamtą. Tamta, ma jednak czas  z decyzją do środy, bo wystraszywszy się, pobiegła do wójta z wiadomością, że rezygnuje, a ten lekko zirytowany całą tą sytuacją, wymógł zastanowienie się i podjęcie  świadomej decyzji.

Znam motywy Tuśki, która nie ze względów merytorycznych, ale  z powodu atmosfery w pracy nie chciałaby kierować tym zespołem. To nie ona wychodziła  na kilka godzin z pokoju, by popijając kawę plotkować o wszystkich i o wszystkim, to nie ona  częstokroć się zwalniała/ urywała  z pracy. Innymi słowy- nie była zżyta towarzysko ani  w pracy, ani poza nią. Robiła swoje, a często nawet za kogoś.  Dotarło teraz do niej, że nie przyjmując oferty zarządu, i tak będzie odwalać pracę za kogoś, tyle że bez zapłaty za nią. Chyba że będzie asertywna. Tylko czy będzie miała wtedy spokój w pracy? Szczególnie, że jak się okazało, dziewczynom bardziej zależy na kierowniczce -kumpeli, niż na ratowaniu ich instytucji, gdyż osoba p.o. musi wykazać się do końca roku, a wtedy zostanie kierowniczką na etacie, ale przede wszystkim ich nie rozwiążą.

Nie wiem, jak to się skończy- pewnie rodzina/współpracowniczki  tamtą namówi, by jednak nie rezygnowała. Powiedziałam Tuśce, że zdrowie najważniejsze, i ma wykonywać pracę zgodnie z obowiązkami w umowie (zakres wystarczająco szeroki), uprzedzając lojalnie, że będzie asertywna. I szukać nowej pracy – w swoim czasie. Ewentualnie, jeśli tamta zrezygnuje, przyjąć stanowisko i robić swoje. Ale tak naprawdę, to obie wiemy, że w obu sytuacjach ma przechlapane i widmo szukania pracy jest jak najbardziej realne.

W całej tej sytuacji, widzę, że komunistyczne wychowanie w podejściu do pracy wciąż żywe, i to w młodym pokoleniu: czy się siedzi, czy się leży- szczególnie w urzędach…Tuśka nasiąkła zupełnie czymś innym. Z domu wyniosła, że pracuje się rzetelnie, sumiennie niezależnie od tego, kto jest pracodawcą i jaką pracę się wykonuje. Szczególnie że pracodawca/ kierownik pracuje najwięcej i najciężej: przykład dziadka, nas, męża, teściów…

****

Na gwiazdkę sprezentowałam sobie krem pod oczy. Drogi, bo 15ml w cenie stu złotych z groszem. Tak, wiem, są droższe, ale są i dużo, dużo tańsze, a cena nie zawsze gwarantuje jakość. Co do jakości a właściwie skuteczności wypowiadać się nie będę, bo w tej materii znawcą nie jestem. Kupiłam, bo cera zrobiła mi się sucha, i najwyższy czas zacząć stosować krem regularnie. Regularność miała mi właśnie zapewnić cena kremu- szkoda byłoby, żeby się zmarnował. I to był dobry pomysł, bo przypominam sobie o nim kilka razy w tygodniu- rano. Częściej zapominam, ale i tak odniosłam sukces 🙂 Jestem z siebie dumna za konsekwencję, wiec w nagrodę, dziś posmarowałam się maścią na opryszczkę. Najpierw pod jednym i nad jednym okiem, a  potem pod drugim okiem i …zorientowałam się, że kiepsko mi się rozprowadza 😀 Także tak. Takie mam podejście do dbania o urodę ;D

Ostatnio, gdy spałam dwie noce w DM, wieczorem, walczyłam sama ze sobą, by pójść do sąsiadki z góry i ją skutecznie uciszyć. Kilka razy się zrywałam i odpuszczałam . Nastawiłam zegar w telefonie, bo musiałam być jeszcze ciemnym świtem w klinice. Rano obudził mnie ryk z telewizora dochodzący z góry. Spojrzałam na zegar w telefonie i zerwałam się na równe nogi. Sprawdziłam, dlaczego budzik nie dzwonił: był nastawiony na poniedziałek, a nie na wtorek…

Rządzącym (politykom) nie odpuszczę i będę punktować, a co! Tyle było lamentu, nawet na arenie międzynarodowej, że w Polsce wciąż głodują dzieci. I co? Co robi jedyna słuszna partia? Odrzuca poprawkę zwiększającą wydatki  w budżecie na dożywianie dzieci z niezamożnych rodzin. Innym problemem jest, jak to dożywianie się odbywa, i dlaczego nie korzystają z niego dzieci, którym się należy. Rozwiązaniem byłoby, gdyby WSZYSTKIE dzieci mogły skorzystać z obiadów, niezależnie od zasobów materialnych ich rodziców. Skończyłaby się, często  upokarzająca segregacja- wyszukiwanie głodujących dzieci/ uczniów. To często z winy samych rodziców, ich braku zainteresowania/ zatroszczenia się, takie obiady nie docierają do ich pociech.