W gnieździe żmij…

Gdybym w tej chwili opisała ze szczegółami – albo nawet bez nich-historię, która wciąż jeszcze nie ma ostatecznego zakończenia, to czytelnicy mieliby wrażenie, że  wraz z bohaterami znaleźli się w matriksie. Innej rzeczywistości. A może nie? Może jednak właśnie taka jest rzeczywistość- w wielu miejscach, tworzona przez małych zawistnych ludzi. Nie wiem- tak nierealne są pewne zachowania, że aż trudno uwierzyć, że to się dzieje.  Nie wiem nawet, czy potrafiłabym ją opisać- tyle negatywnych emocji powoduje.  Zresztą muszę się powstrzymać, przynajmniej do jej zakończenia. Nie wiem, czy w ogóle to zrobię, bo na samą myśl… krew się we mnie burzy…

W tej historii jest wszystko: zawiść, małostkowość, mobbing, malwersacje, pogarda, zazdrość, niekompetencje, kumoterstwo, poplecznictwo, układ, haki… Swoisty gorący kocioł ludzkiej małości podpalany wrogością, podsycany złośliwością, rozdmuchiwany zawiścią. Pod parasolem układu zamkniętego.

Gdy maski opadają i człowiek ma świadomość, że znalazł się bezbronny w gnieździe żmij, to jedynym wyjściem jest ucieczka. Bez sensu jest walka, bo bez ran się nie obejdzie, a jad jest trujący.  Na nic broń w postaci wiedzy, kwalifikacji, uczciwości, rzetelności…Zresztą w imię czego walczyć? Zdrowie ważniejsze. Ucieczka niekoniecznie na oślep i w emocjach,  ale przemyślana, tak, by żmije same się pokąsały. Z niemocy. Własnej.

Plan jest. Resztę czas pokaże.

A ja się pytam. Retorycznie. Czy nie może być przez chwilę normalnie? Nuuuudnie? Moje granice wytrzymałości są mocno nadszarpnięte. Spokoju mi trzeba, nie tylko zresztą mi!