Zabijam myśli tym, co mnie otacza…

Intuicja, podparta sygnałami ciała,  podpowiada mi, że zbliża się koniec wakacji. Odsuwam myśli „co dalej”, na później, wiedząc, że to dalej może mieć krótki, choć burzliwy zasięg. Skupiam się na tym, by cieszyć się tym, co za mną, co teraz. Wszystkie myśli typu: tego, tamtego, i tylu – bolą.

Środowe być albo nie być kupić nie kupić, bo czy warto kolejne buty, aż w końcu kilk, bo co będę sobie odmawiała. Słodyczy również. Szkodzą? Karmią? Cztery nowe książki z internetowej księgarni- mruczę pod nosem, że ostatni raz…Jak się tu wyrobić, gdy u Mam czeka kilka, na szafce też…ech… Czytam, czytam. Oglądam, oglądam coraz częściej jakiś film. Choćby serial „Wataha”, obejrzałam dwa odcinki i… o matko i córko, jak ja tęsknię by tam być. Tam, czyli  w Bieszczadach. Na dodatek pokazanych (przynajmniej w tych pierwszych odcinkach) jesienią- cud, miód!

Czwartkowy Tuśkowy telefon z Genetyki: żadnych badań (m.in. rezonans) mi nie zrobią, bo wyniki mogą być zafałszowane, gdyż za krótki czas po operacji. Rozmawiała nie tylko z pielęgniarką, ale poprosiła lekarza- nauka nie poszła w las 🙂 Zadzwoniła jednak z pytaniem, czy ma się wykłócać, choćby o usg. Usłyszała też ( od pielęgniarki), kolejny raz, że jest przed 30-ką, co ją, jak sadzę i wiem, nastawiło od razu wojowniczo 😉 Kolejny termin: początek maja, przed kolejną operacją.

Jestem spokojniejsza. Tuśka nabiera doświadczenia w walce o swoje zdrowie; Świadomość, że musi być Wojowniczką!

***

Nie dziwi mnie Premier, gdy mówi: rząd PIS-u. ( Tu się nie myli.) Przyznaję temu rządowi mistrzostwo świata w psuciu wizerunku kraju, który z wielkim trudem był wypracowywany przez ostatnie lata.  Ale przecież nic się nie dzieje, a to wszystko  wina  już nie największego winowajcy trzeciej RP, ale opozycji, która nie pogodziła się z demokratycznym wyborem 😀  To już nawet nie jest zabawne, to już staje się nuuuudne ;D A czasem paskudne, gdy słyszę z ust Premier, że Komisarz unijny zapewne ma powody być nieprzychylny temu rządowi ( nieobiektywny), w końcu został przez poprzedniego prezydenta odznaczony wysokim oznaczeniem państwowym. Szkoda, że nie dodała za co, i zapomniała, że w 2006 roku ten sam polityk dostał, zresztą za to samo, inne odznaczenie  państwowe od ówczesnego prezydenta Polski. Kto nim był, wiadomo:D Kolejne insynuacje i manipulacje, a „ciemny lud” to kupuje.

Nie dziwią mnie zwolnienia dziennikarzy z mediów publicznych, zresztą zapowiadane. Pewnie (nie)wielu z nich i tak by odeszło, gdyż czuliby się nieswojo w nowej koncepcji programów informacyjnych. Ocenzurowanych. Przynajmniej mamy gwarancję, że o rządzących będzie teraz dużo, tyle że zawsze w pełnej glorii i chwały. Konieczne jest to, by podtrzymać iluzję „dobrej zmiany”.  Jeszcze  są tacy, co na nią czekają.  Zwiększona wolna kwota od podatku?- nie da się w tym roku, a miała być od stycznia.  Obniżenie wieku emerytalnego?- na razie cisza. I to sztandarowe 500 złotych na dziecko. Pomijam coraz to nowsze koncepcje, że nie na każde, nie w każdej rodzinie; niezależnie od tego, jaki będzie tego finał, to wiem jedno: wszyscy się do tego dołożymy. Rządzący poszukują kasy w naszych kieszeniach, to było oczywiste, choć nie dla wyborców PIS-u (chyba). Obłożą nas różnymi podatkami, bezpośrednio i pośrednio, co zresztą już robią. Weźmy na tapetę choćby posiadaczy samochodów. Ubezpieczyciele będą objęci nowym podatkiem. Gdzie sobie to odbiją? Oczywiście, że na klientach. Minister zdrowia zapowiada  jakiś procent składki z OC dla służby zdrowia na leczenie poszkodowanych w wypadkach. Super. Pewnie widzi zależność. Szkoda tylko, że nie widzi rzeszy ludzi ubezpieczonych w KRUS, która płaci składkę w kwocie 42 złote, gdy każdy na działalności własnej, płaci od 279 wzwyż.  Minister zdrowia chce likwidować NFZ- pokłosie kas chorych, przy których tworzeniu sam brał udział- a nie widzi możliwości zlikwidowania KRUS-u, a przynajmniej wdrożenia nowych, bardziej uczciwych  zasad płacenia składek na służbę zdrowia. Zamilkł też w sprawie darmowych leków dla seniorów 75+.

Cieszę się, że Pańcio już jest w przedszkolu i jeszcze nie musi iść do szkoły. Współczuję wszystkim rodzicom, którzy mają dzieci w wieku trzech i sześciu lat. Łatwo jednym rozporządzeniem zmienić obowiązek szkolny, trudniej będzie ten chaos opanować, szczególnie w tym roku. Wciąż twierdzę, że to nie w wieku dziecka jest problem, a w placówkach i kadrze.  Wygaszanie gimnazjum ucichło, zanim wzięto do ręki gaśnicę; czyżby wpływ na to, miał fakt, że wiele z nich jest katolickich, prowadzonych przez księży?

Myślałam, że nie da się tak łatwo popsuć gospodarki, ale chyba się pomyliłam. Rządzący mogą wszystko.

Miłego weekendu 🙂

Reklamy

Opublikowane i skomentowane…

Jakiś czas temu na FB pojawił się tekst nastolatka, obarczającego matkę o rozpad w ich rodzinie. Z tekstu wynikało, że chłopak obwinia  matkę o to, że kłamie, zrzucając całą winę na ojca, gdyż według niego, to prawda jest całkiem inna. W tekście była mowa o nadużywaniu alkoholu, o rękoczynach, o zdradzie, o zaniedbywaniu… Dość poruszający. Jak to na fejsie- od razu pojawiły się lajki i komentarze, i lajki komentarzy…Ludzie podzielili się na dwa obozy.

Ten tekst nie powinien wpaść w moje oczy, ale wpadł, i zastanawiam się, ile jeszcze przeczytało go osób, oprócz pół tysiąca znajomych chłopaka. Podejrzewam, że dużo: znajomi znajomych- znajomi komentujących. Tekst po jakimś czasie został usunięty, ale mleko już się wylało.

Ewidentnie chłopak nie potrafił sobie poradzić z sytuacją jaka wynikła pomiędzy jego rodzicami i dał temu upust publicznie. Teraz cała rodzina, bliższa i dalsza oraz koledzy i koleżanki, i całkiem obce osoby, wiedzą, że w tej rodzinie źle się działo/ dzieje. Podobno nie było to tajemnicą poliszynela, bo oboje uwikłani w konflikt (matka i ojciec), komu tylko mogli, opowiadali własne wersje- oczerniając się wzajemnie. Ich syn postanowił również opowiedzieć własną, wybierając najskuteczniejszą metodę dotarcia do wszystkich zainteresowanych i niezainteresowanych. Opowiedział się po jednej ze stron, ale miałam wrażenie, że był to krzyk rozpaczy. Publiczny krzyk, który pewnie będzie miał swoje konsekwencje.

Pozostaje pytanie: jak musi być źle, jeśli ktoś decyduje się na upublicznianie spraw tak wstydliwych, trudnych, wrażliwych…?

I inna strona medalu. FB to spore oręże w dotarciu do wielu ze swoją opinią na każdy temat, jaki przyjdzie nam do głowy opublikować czy skomentować. Ale FB ma też inne opcje i ograniczenia, z których jeśli ktoś chce, to korzysta, by to, co opublikował lub skomentował, docierało tylko do wybranych osób. Dziwi więc mnie fakt, że ktoś się dziwi (oburza) jeśli publikuje na swojej tablicy post dostępny publicznie, i jest on komentowany. Zamiast lajka 😉 Publicznie, czyli dla wszystkich znajomych i nieznajomych. To tak, jak z blogiem. Każdy, kto nie ma go za hasłowanego lub wyłączonych komentarzy, musi liczyć się z tym, że pojawią się różni komentujący 🙂

Jeśli może i chce…

Chcieć to móc, więc jeśli się tylko chce, to się gra. A jak się nie chce, to się nie przeszkadza!

Ja gram i nie znam nikogo z bliskiego otoczenia, kto tego nie robi. Nie zawsze mogę osobiście wrzucić do puszki, ale mogę wysłać SMS-a lub przelew- robię to, czy wrzucę, czy też nie. Gdy nie mogłam osobiście, bo albo leżałam w szpitalu, albo w domu rozłożona chemią, to zawsze moja Przyjaciółka A. wrzucała za mnie i przynosiła mi serduszka, bo tak się zdarzało, że  przynajmniej cztery razy byłam w tym czasie w DM.

Jestem dumna i cieszy mnie granie Orkiestry, coraz głośniejsze i efektywniejsze, co widać w  szpitalach w całym kraju, na wielu oddziałach.

Jestem zniesmaczona, a czasem zbulwersowana nagonką na Owsiaka. Personalną. Szczególnie przez zwyczajnych ludzi, ale związanych z prawicą. Tych, którzy na co dzień nie hejtują, tylko raczą wyrazić swoje-nie-swoje zdanie. Czytam komentarze i nie dowierzam, że można tak pluć jadem, oczerniać, a w najlepszym razie pleść farmazony. Każdy ma własną wolę i chęci. Daje lub nie. Popiera lub nie.  Nikt nikogo nie ma prawa zmuszać  do niczego. Zabronić. Nakazać. Nie rozumiem tylko, dlaczego ktoś, kto nie chce wrzucić do puszki, musi od razu niszczyć coś, co akurat jest piękne w swej idei.  Na całym świecie istnieją różne fundacje, które wspomagają także służbę zdrowia w swoim kraju. Ale takiej, w którą raz do roku, przez 24 lata,  jest zaangażowane całe społeczeństwo (ten, kto chce), nie ma żaden kraj. To jest fenomen, fenomen, którego niektórzy chcą splugawić, zdeptać, zniszczyć. Pytanie dlaczego?

I co z tego, że to państwo powinno zapewnić sprzęt medyczny w publicznej służbie zdrowia- jeśli to państwo jest niewydolne w tej kwestii.  I co z tego, że przy okazji są wydawane pieniądze przez samorządy na towarzyszące zbiórce różne imprezy- jeśli z tej okazji bawi się cała Polska (ten, kto chce).  Warto wydać te pieniądze, a jeszcze bardziej warto być uczestnikiem tej Orkiestry. Warto być po dobrej stronie mocy. (I warto być człowiekiem przyzwoitym, nawet jeśli się nie gra.) Zawsze! Bo to nas scala. Bo dobro przyciąga. Bo to radosny, uśmiechnięty dzień. Bo uczymy najmłodszych, że warto się dzielić i pomagać.  Bo w tym dniu, niezależnie od pogody, od stanu ducha i zdrowia własnego,  zawsze świeci słońce; czuje się solidarność z wszystkimi grającymi. Bo Orkiestra gra dla wszystkich, tylko nie wszyscy są w stanie to pojąć. Smutne jest to, że dziś oprócz serca, potrzebna jest również odwaga. Szczególnie tym, którzy z racji zawodu, zastraszani są utratą pracy, jeśli zaangażują się w granie i wesprą Orkiestrę.

Dla każdego zdrowo myślącego człowieka, hejt uprawiany przez prawicę jest zrozumiały: żadna świecka akcja charytatywna, która na dodatek łączy wszystkich z lewej i prawej strony, wierzących i nie wierzących, nie będzie odnosiła tak spektakularnych sukcesów i to przez tyle lat.  Takie rzeczy zarezerwowane są tylko dla chrześcijańskich wartości. Szkoda tylko, że zapominają, że jedną z nich, jest wartość niesienia pomocy…

Ja już zagrałam dziś  i zagram też w niedzielę 🙂

 

 

Sypie…

W tym roku chyba po raz pierwszy pomyślałam: a może tak święta z 24 grudnia przenieść na 6 stycznia, a nie odwrotnie. Bo nie ukrywam, że jako ta, która obchodzi dwa razy święta, nieraz odczuwałam taką potrzebę, by odbywały się w jednym terminie, co się zdarza w przypadku świąt Wielkanocnych, co kilka lat. Gdy poprzedni rząd, kilka lat temu, zrobił 6 stycznia dniem wolnym od pracy, to z tego faktu, chyba najbardziej ucieszyli się wyznawcy prawosławia i grekokatolicy 🙂

Wracając do dat, to pomyślałam tak, zaraz po pobudzeniu się w kolejny wigilijny, środowy poranek. Prószył śnieg, rzeczywistość za oknem zbielała:) To była najlepsza niespodzianka: pierwszy śnieg w tym roku! Wystarczyło, by Pańcio zanim przyszedł do nas na wieczerzę, uczestniczył w kuligu i ognisku dla dzieci  🙂 Dziś także sypie…Mamy białe święta!!! Zważywszy, że to nie pierwszy raz się tak zdarza, że te drugie są białe, a przynajmniej mroźne w porównaniu do tych pierwszych, to może tak przesunąć w drugą stronę 😉

We wtorek zadzwoniłam do kliniki w celu ustalenia daty TK. Gdy tylko powiedziałam: Dzień dobry, chciałam ustalić termin tomografu komp…Nie dokończyłam, jak pani w słuchawce mi przerwała słowami: terminy na maj. Ale chwileczkę- to ja..dalej wyłuszczyłam co i jak. I tak, termin mam na 26 stycznia. Pozostając przy datach: Tuśka kolejną operację ma w maju. Gdyby się nie odezwała, to miałaby dopiero w sierpniu. Ale co najważniejsze, wyniki histopatologiczne są ok!

No, to świętujemy.

Wszystkim tym, co również świętują, życzę radości!

Edit.

Jak słyszę o podatowaniu sklepów wielkopowierzchniowych, powyżej 250 m kwadratowych, po to, by między innymi stworzyć równe reguły konkurencji dla małych (większości rodzimych przedsiębiorców) i dużych sklepów, to myślę ok, ale dlaczego kryterium ma być powierzchnia???  Do tego uprawiana ideologia, że to jest dbanie o polskich przedsiębiorców. Tak, jakby polscy przedsiębiorcy, bez żadnego kapitału zagranicznego, nie posiadali obiektów handlowych powyżej 250 metrów kw. Dlaczego tym mądrym inaczej, nie przyjdzie do głowy podatek, ale od obrotów, i to progresywny? Jak grzyby po deszczu zaczną powstawać sklepy z kapitałem zagranicznym o powierzchni 249 metrów kw, co  nastąpiło na zachodzie, po w drożeniu podatków dla sklepów wielkopowierzchniowych. One już istnieją w małym miastach i wsiach. Mam nadzieję, że rząd po konsultacjach zweryfikuje to, co zapowiada.

O kolei po kolei…

Żadna ze mnie pasażerka- koneserka  transportu kolejowego, bo ostatnio, po  kilkuletniej przerwie, miałam przyjemność podróżować PKP w 2014 roku. Wprawdzie od razu na długiej trasie- najpierw jechałam „jedynką” do W-wy, potem do Krakowa, a z grodu Kraka kuszetką do domu- ale doświadczenia specjalnego przez to nie nabyłam.   Dlatego niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Może tyle, że jadąc z PT do naszej coraz piękniejszej stolicy, stwierdziłam, że kiedyś ( za PRL-u), to może i przedziały były brzydsze, ale siedzenia bardziej komfortowe, bo wysuwały się do przodu, pozwalając wyciągnąć nogi na fotel przeciwny, o ile siedział na nim zaprzyjaźnion(a)y pasażer(ka). PT skwitowała, że teraz się z tym nie spotkała, więc uwierzyłam prawie na słowo: w końcu to Ona przez ostatnie lata, przynajmniej raz w miesiącu korzystała z „jedynek”, na tej samej trasie. Mimo tego, że w przedziale byłyśmy same i jechałyśmy nocą, a każda z nas mogła położyć  swój kadłub w poprzek  na trzech fotelach, to sen był krótki, urywany- nie było wygodnie! Gdzieś mniej więcej na półtorej godziny przed stacją docelową, stwierdziłam, że to niemożliwie, żeby fotele się nie wysuwały. Kombinowałam, kombinowałam i…lepiej późno niż później 😀 PT zrobiła to samo, i ułożywszy się w końcu wygodnie, zasnęłyśmy snem odkrywców i…o mały włos, nie przejechałyśmy dworca centralnego!;)  Także ostatnie moje trzy pociągowe trasy, odbyły się bez żadnych rewelacji i o dziwo o czasie. I nie byłoby tematu, gdyby nie ostatnia podróż PT, która wracając z Przemyśla do DM, stwierdziła, że na „stare lata” chce zaznać luksusu i jechać wagonem sypialnym. Wcześniej umówiłyśmy się, że po drodze wyskoczy z tego luksusu, wstępując  do mnie. Dostałam SMS-a, że będzie o czasie, i ciemnym świtem ruszyłam na stację. Termometr wskazywał -13,5, niewiele w porównaniu do -22 na południu kraju, więc zależało mi na pełnej synchronizacji, by oszczędzić Jej dreptania po mrozie. Niestety, przemarznięcia nie uniknęła, ale nie z mojej winy, ani z winy Tuska 😉 Ale po kolei:

W Przemyślu, gdy kolega odprowadzał PT i jej bagaż do przedziału, stwierdził: zimno tu jakoś. Na co PT odpowiedziała, że pewnie jak pociąg ruszy, to i ogrzewanie też. Nic bardziej mylnego. Powiało mrozem.. Obok młodzi ludzie z kilkumiesięcznym dzieckiem. Wszyscy okutani w kurtki, szaliki, czapki  i rękawiczki. Oczywiście zgłosili natychmiast do konduktora, który…do każdego przedziału wstawił…farelkę ( Jeśli ktoś nie wie co to, niech sobie wygoogla), informując, że  nawaliła  jakaś elektronika czy automatyka. O tyle się polepszyło, że temperatura skoczyła do plus 12 stopni, i to w pobliżu sprzętu grzewczego. Zresztą, co chwilę sprzęt się wyłączał, bo następowało przesilenie. Dreptali więc co rusz do konduktora o depresyjnej fizjonomii( według PT), uświadamiając go, że tak się nie da jechać przez kilkanaście godzin. Wystarczyły te 3, 5 do Krakowa. Tam na stacji obiecano nowy wagon. Czekając, patrzyli z  rozmarzeniem na Pendolino, i na inny dalekobieżny, w których wagonach ludzie byli porozbierani z wierzchnich ubrań, a nawet jedna pani miała gołe plecy.  Wagon podstawiono. Przesiedli się i…cofnęli się do głębokiego PRL-u. Młodzi ludzie stwierdzili, że takim wagonem sypialnym, to chyba podróżowali dziadkowie ich dziecka, będąc w wieku ich dziecka. PT przezornie spytała się jak jest ogrzewany, bojąc się ponownej awarii elektroniki. Konduktor odpowiedział, że węglem. Nie uwierzyła, ale ten zaprowadził i pokazał piec a w nim ogień, węgiel i szuflę.(Widziałam na zdjęciach, a młode małżeństwo, nakręciło film z komentarzem.) Było cieplej…zdjęła czapkę i szalik. Spała w kurtce…Luksus za 160 złotych. Miała szczęście, że  pociąg nie miał opóźnienia. Ani ja 😉

Jak dobrze, że nasz kraj wciąż węglem stoi 😀

Podzieleni, czyli dysonans między słowami a czynami…

Coraz częściej pada, że PRL=PIS…albo odwrotnie, nieważne. Ja bym się zastanowiła nad znakiem równości. Zresztą nie wszystko w tym PRL-u było złe: dla niektórych wciąż jest to najlepszy okres życia…;) Jednak jedno jest pewne, że władza była zła, a dziś mamy właśnie powielanie tego modelu, z tą różnicą, że obecną władzę wybrano w demokratycznych wyborach. I to jest smutne, i to uświadamia kolejny raz, że demokracja nie jest najlepszym ustrojem, choć lepszego (tak mnie się wydaje) nie wymyślono.

Naród wybrał, naród ma, a pozostali…no właśnie, ich nie ma, oni się nie liczą. Jest Wódz, który- schowany za swoimi pacynkami w otoczeniu  służalczych poddanych bez własnego rozumu, karnie wypełniających wszystko czego zażąda- politycznie nie ponosi żadnych konsekwencji. Dlatego nie liczy się z niczym i z nikim. Swoimi może manipulować bez obaw, obiecawszy co obiecał (ludowi chleb, działaczom igrzyska). Na mądrość w tych szeregach (fanatyków i wyznawców a nie zdrowo myślących, ale wciąż jeszcze popierających) nie ma co liczyć- akceptują wszystkie zmiany w ciemno. Nic ich nie razi, nic nie przeraża, nic nie pobudza do myślenia…

Podobno miały być to dobre zmiany. Nie zanosi się…choć są tacy, co wciąż nie tracą nadziei. Trudno jednak o taką, gdy zamiast naprawy, widzi się burzenie do fundamentów, a i te bywają wyrywane z korzeniami. Styl, forma, jakość jest nie do zaakceptowania dla wielu, nawet dla niektórych z tych, co wcześniej sprzyjali tej formacji. I to budzi nadzieję. Nadzieję, że w końcu pomyślą, zanim pomyślą! Innym słowem: obudzą się!

Ciekawa jestem (autentycznie), co się dzieje w domowych salonach u prezydenta czy premier. Mają jeszcze lustra w domu, czy już nie?  Hipokryzją o sile tsunami wieje od PAD-a, gdy kolejny raz słowami i tylko nimi mówi o wspólnocie. Czynami zaś potwierdza, że jest tylko i wyłącznie pisowskim notariuszem. Nawet nie udaje, że jest inaczej. Jeszcze nikomu, w tak krótkim czasie, nie udało się całkowicie rozjechać z tym, co obiecywał w kampanii. Tu przyznaję mu mistrzostwo świata. Podobno życzy nam jedności, jednocześnie przyklaskując temu, który naród dzieli. Wszyscy słyszeli na jakich, więc nie będę się powtarzać. Podobno tworzy się prawo wraz z obywatelami, a nie pod osłoną nocy, w pośpiechu bez żadnych konsultacji, które zresztą były zapowiadane…Ale to tylko słowa. O wspólnej debacie również. Przepiękna słowna twórczość naszpikowana kłamstwami.

Dokąd tak pędzi ta władza, i czy się zatrzyma?

Ciekawa jestem również, czy ci, którzy jej wciąż kibicują nie dostrzegają dysonansu pomiędzy słowami a czynami? Ja widzę jedno: dziel i rządź, jako podstawową maksymę pisowską.

Zaczynam się zastanawiać, serio, czy mogę się czuć bezpieczna, jeśli w ramach rzekomego mojego bezpieczeństwa, władza będzie mogła bez mojej wiedzy szperać w moim kompie. Zaczynam się zastanawiać, serio, czy ja, maleńki nic nieznaczący trybik w tej maszynie, będę mogła swobodnie pisać co myślę o okolicznościach przyrody mnie otaczającej. I nie tylko na blogu, ale gdziekolwiek, nawet w prywatnych emilkach. Nie macie takich obaw? Wszak ta władza, a szczególnie ich wódz, źle znosi jakąkolwiek krytykę. Źle traktuje jakąkolwiek inność. Ale tak już na serio serio- mój komputer osobisty, jest jak najbardziej osobisty, i choć jeden z nich ma hasło znane Bliskim, to nikt bez mojego pozwolenia w nim nie grzebie, w żadnym. Więc wara od niego!!!

Smutne to wszystko…

Z żad­ne­go pun­ktu widze­nia nie wol­no być ślepym.  Za Lecem dodam tylko, że i głuchym.

Czas na kolędę

Wprawdzie to nie mój „dom boży” ani nie mój pasterz, więc sprawa mnie nie dotyczy, jeno ciut zadziwia. Zresztą nie pierwszy raz odkąd nastał nowy proboszcz w wiejskiej parafii, dochodzą do mnie zadziwiające poczynania wywołanego do tablicy. Tym razem na owej tablicy, a precyzyjnie na tablicy fejsbukowej znajomego znajomego, zawisło oryginalne zaproszenie (zeskanowane): zaproszenie na kolędę. Rodzina – tu wykropkowane miejsce na wpis; zamieszkała- tu wykropkowane miejsce na wpis; zaprasza księdza proboszcza … i dalej treść na co…na końcu jeszcze wykropkowane miejsce na podpis. (Może ma oryginalne podpisy w sejfie na plebani i będzie porównywał?). Owo zaproszenie było rozprowadzane po parafii w pakiecie z opłatkiem- koszt = 10zł. Jeśli ktoś opłatek już miał, to i tak musiał kupić, jeśli chciał mieć księdza na kolędzie.

Hmmm ciekawe (sprytne) rozwiązanie. Ciekawa jestem, czy w innych parafiach również funkcjonują  niekonwencjonalne- nowatorskie  rozwiązania 😉 Idziemy z duchem (?) czasu…

***

No i mamy styczeń, który bardziej lubię niż grudzień. Był przez moment plan, że będę musiała nastawić budzik w pierwszy dzień nowego roku, by wypić wspólnie kawę. Był, ale się zmył. Budzik i  tak okazałby się niepotrzebny, bo o ósmej godzinie obudziła mnie głośna dyskusja dwóch facetów, których o pierwszej w nocy pozostawiłam przy stole- dotrwali do rana. Ja wstałam, Oni poszli spać ;). Dowiedziałam się tylko, że to  polityka podniosła im tembr głosu, a ja już myślałam, że ilość wypitych trunków 😉 Polak z Niemcem wprawdzie nie są bratankami, ale ci dwaj są bardzo ze sobą zaprzyjaźnieni, więc noże nie były w użyciu ;D Gość w dom, to i  kanclerz Merkel w dom- tak o to zamiast orędzia PAD-a (którego nie miałam zamiaru ani oglądać, ani słuchać), wysłuchałam noworocznego orędzia najbardziej (podobno) wpływowej osoby na świecie. Wysłuchałam, to  grube nadużycie, ale J. mi streścił: jest pięknie, będzie piękniej. U nas też jeszcze będzie pięknie…Damy radę!

Kaca nie mam, bo trudno go mieć po jednym ciemnym piwie i niecałej lampce szampana. Za to banan mi z buzi nie schodzi, bo uśmiałam się  w ten sylwestrowy dzień i noc, a ostatnio do śmiechu mi nie było, więc miło, że ostatni dzień  grudnia i roku był radosny. ( Przedostatni był pod znakiem alertu- Mam miała ciśnienie ponad 200 i tylko Miśka przy sobie w długim oczekiwaniu na lekarza, a my wszyscy znowu na telefonach) Ucieszyła mnie telefoniczna rozmowa, najpierw z PT, która poddała mnie testowi na lubienie się ( zdałam;)), gdyż nie widzę problemu, żeby w niedzielę ciemnym świtem ( 5–6 h) odebrać Ją  z pociągu Przemyśl- Szczecin, ze stacji oddalonej ode mnie dwadzieścia parę kilometrów, po to, by spędzić  wspólnie jeden dzień. Dla Bliskich nie ma poświęcenia, jest radość, więc przyjęcie innej Bliskiej w piżamie we własnym domu, po sylwestrowej nocy- to żadne wyzwanie, jakby co 😀 NO! A potem ścieszyła mnie rozmowa z inną Bliską z zachodniej granicy. W czasie półtoragodzinnej rozmowy, były momenty śmiechu do łez. Było o czym, bo dawno ze sobą nie rozmawiałyśmy, a to jest jedna z tych Osób, z którą mogę się nie widzieć, nie słyszeć, ale gdy już to nastąpi, to tak, jakbyśmy się widziały wczoraj. Są wspólne plany na maj…

A teraz ku przestrodze, jeśli macie w domu nierozgarniętych facetów 😉 Pamiętajcie, że należy uświadomić takiego, co do czego służy, jeśli kupujecie coś, co może mieć różne zastosowanie. G. kupiła sobie szczotkę z naturalnego włosia, by szorować własny tyłek i nie tylko tę część ciała z zamiarem pozbycia się cellulitu. Raz, po  jakimś czasie, zamiast w łazience zostawiła ją na balkonie, i słyszy pytanie od własnego męża: gdzie jest ta szczotka, którą  czyszczę ..muszlę klozetową? 😀