Podsłuchane i zaoszczędzone…;)

Powiało. Nie raz, nie dwa, ale od jakiegoś czasu, szczególnie gdy mroźno i wietrznie na zewnątrz, to w takie dni  siedzenie na kanapie było odczuwalne: jakby siedziało się w ogrzanym pomieszczeniu, ale z zimnym, porywistym nawiewem. Ciągnęło od okna nieprzyjemnie. Okno spore. Nie pomogło położenie koca na parapecie. Diagnoza OM: należy okno wymienić na nowe z nowymi żaluzjami  zespolonymi  z oknem, a nie tak jak teraz. (Ocieplane żaluzje zewnętrzne montowaliśmy jeszcze na drewniane okno, gdy wymienialiśmy na plastikowe, to żaluzje zostały). Nie cierpię remontów, ale nawet się ucieszyłam, bo szyba tarasowa w drzwiach podrapana jeszcze przez Maksia. I zamarzyła mi się moskitiera w owych drzwiach.  Fakt, koszt spory, gdyby nie te nieszczelności nawet nie przyszedłby nam do głowy.

Siedzimy sobie z PT na kanapie i popijamy kawę wczorajszym południem, plotkując o tym i owym, gdy wpada OM i krzyczy: Dlaczego ja was słyszałem, będąc na zewnątrz, tak jakbyście siedziały na tarasie? Szybkim krokiem podchodzi do okna i jak pies- detektyw zaczyna węszyć. No tak!!! Jedno skrzydło to, co zamyka się najpierw od środka, a nie klamką, było niedomknięte na górze. Piękna szpara ziejąca chłodem. Otworzył prawe skrzydło, domknął lewe i… w jednej chwili wymiana okna przeszła do historii, a kasa została w portfelu ;D

Dziś byłam umówiona z Tatą, że rano odwiozę jego żywy bagaż spod mojego domu do  jego chaty. Wstałam, spojrzałam w okno: cukrzy- śnieg świeżą, cienką warstwą przykrył wszystkie niedoskonałości. Zmrożoną i oblodzoną wcześniej ziemię również. Zrobiłam dwa kroki do wiaty, pod którą stoi moje auto i…wywinęłam orła. Huknęłam głową tak, że myślałam, że mi pękła. Leżałam chwilę, nie mając siły się podnieść. Na szczęście miałam grubą, grubszą czapkę niż ta, co ubieram zwykle. Pewnie trochę bardziej zamortyzowała uderzenie. Pomyślałam o wstrząsie…jasne, że tak.. Jakbym zaczęła pisać jak potłuczona, to będziecie wiedzieć dlaczego ;D

Reklamy