O kolei po kolei…

Żadna ze mnie pasażerka- koneserka  transportu kolejowego, bo ostatnio, po  kilkuletniej przerwie, miałam przyjemność podróżować PKP w 2014 roku. Wprawdzie od razu na długiej trasie- najpierw jechałam „jedynką” do W-wy, potem do Krakowa, a z grodu Kraka kuszetką do domu- ale doświadczenia specjalnego przez to nie nabyłam.   Dlatego niewiele mam na ten temat do powiedzenia. Może tyle, że jadąc z PT do naszej coraz piękniejszej stolicy, stwierdziłam, że kiedyś ( za PRL-u), to może i przedziały były brzydsze, ale siedzenia bardziej komfortowe, bo wysuwały się do przodu, pozwalając wyciągnąć nogi na fotel przeciwny, o ile siedział na nim zaprzyjaźnion(a)y pasażer(ka). PT skwitowała, że teraz się z tym nie spotkała, więc uwierzyłam prawie na słowo: w końcu to Ona przez ostatnie lata, przynajmniej raz w miesiącu korzystała z „jedynek”, na tej samej trasie. Mimo tego, że w przedziale byłyśmy same i jechałyśmy nocą, a każda z nas mogła położyć  swój kadłub w poprzek  na trzech fotelach, to sen był krótki, urywany- nie było wygodnie! Gdzieś mniej więcej na półtorej godziny przed stacją docelową, stwierdziłam, że to niemożliwie, żeby fotele się nie wysuwały. Kombinowałam, kombinowałam i…lepiej późno niż później 😀 PT zrobiła to samo, i ułożywszy się w końcu wygodnie, zasnęłyśmy snem odkrywców i…o mały włos, nie przejechałyśmy dworca centralnego!;)  Także ostatnie moje trzy pociągowe trasy, odbyły się bez żadnych rewelacji i o dziwo o czasie. I nie byłoby tematu, gdyby nie ostatnia podróż PT, która wracając z Przemyśla do DM, stwierdziła, że na „stare lata” chce zaznać luksusu i jechać wagonem sypialnym. Wcześniej umówiłyśmy się, że po drodze wyskoczy z tego luksusu, wstępując  do mnie. Dostałam SMS-a, że będzie o czasie, i ciemnym świtem ruszyłam na stację. Termometr wskazywał -13,5, niewiele w porównaniu do -22 na południu kraju, więc zależało mi na pełnej synchronizacji, by oszczędzić Jej dreptania po mrozie. Niestety, przemarznięcia nie uniknęła, ale nie z mojej winy, ani z winy Tuska 😉 Ale po kolei:

W Przemyślu, gdy kolega odprowadzał PT i jej bagaż do przedziału, stwierdził: zimno tu jakoś. Na co PT odpowiedziała, że pewnie jak pociąg ruszy, to i ogrzewanie też. Nic bardziej mylnego. Powiało mrozem.. Obok młodzi ludzie z kilkumiesięcznym dzieckiem. Wszyscy okutani w kurtki, szaliki, czapki  i rękawiczki. Oczywiście zgłosili natychmiast do konduktora, który…do każdego przedziału wstawił…farelkę ( Jeśli ktoś nie wie co to, niech sobie wygoogla), informując, że  nawaliła  jakaś elektronika czy automatyka. O tyle się polepszyło, że temperatura skoczyła do plus 12 stopni, i to w pobliżu sprzętu grzewczego. Zresztą, co chwilę sprzęt się wyłączał, bo następowało przesilenie. Dreptali więc co rusz do konduktora o depresyjnej fizjonomii( według PT), uświadamiając go, że tak się nie da jechać przez kilkanaście godzin. Wystarczyły te 3, 5 do Krakowa. Tam na stacji obiecano nowy wagon. Czekając, patrzyli z  rozmarzeniem na Pendolino, i na inny dalekobieżny, w których wagonach ludzie byli porozbierani z wierzchnich ubrań, a nawet jedna pani miała gołe plecy.  Wagon podstawiono. Przesiedli się i…cofnęli się do głębokiego PRL-u. Młodzi ludzie stwierdzili, że takim wagonem sypialnym, to chyba podróżowali dziadkowie ich dziecka, będąc w wieku ich dziecka. PT przezornie spytała się jak jest ogrzewany, bojąc się ponownej awarii elektroniki. Konduktor odpowiedział, że węglem. Nie uwierzyła, ale ten zaprowadził i pokazał piec a w nim ogień, węgiel i szuflę.(Widziałam na zdjęciach, a młode małżeństwo, nakręciło film z komentarzem.) Było cieplej…zdjęła czapkę i szalik. Spała w kurtce…Luksus za 160 złotych. Miała szczęście, że  pociąg nie miał opóźnienia. Ani ja 😉

Jak dobrze, że nasz kraj wciąż węglem stoi 😀

Reklamy