Poproszę o…

Próbuję ogarnąć tę moją rzeczywistość, mimo że mózg odmawia mi posłuszeństwa 😉 Przestawił się na boczny tor i jedynie czego pragnie to: święty spokój.

Już go nie miałam od samego rana w poniedziałek – bombardowana telefonami dwóch Ciotek w sprawie Mam. Na linii telefonicznej toczyło się dochodzenie w sprawie: czy jadła, czy wzięła leki, a jak wzięła to ile,  kto kogo nie wpuścił i kto nie był poinformowany. Istny cyrk, nad którym mogłam zapanować tylko w jeden sposób: zjawić się jak najszybciej na miejscu. Najszybciej mogłam wieczorem. Opanowałam sytuację i choć był chwilowy kryzys- temperatura skoczyła w górę- to dziś już wyjechałam spokojna, bo spadła do normalnych wartości.

Normalne wartości mają też moje markery. Norma, ale…jeden z nich systematycznie rośnie, więc pani Doktor  uznała, że czas na TK ( no cóż, TK na czasie obecnie ;)) Poszłam się zarejestrować, a sympatyczna pani z okienka mówi: na 23.12. Tego roku!!!  I na cito nie było, chyba że ja im się świecę w komputerze ;D No nie mogłam odmówić, ale nie ukrywam, że cieszę się jak cholera. Jeszcze mam być o jakieś nieprzyzwoitej godzinie, prawie że w nocy, bo o 7.30.  Z drugiej strony, pewnie na wynik będę czekać ponad miesiąc…

W klinice spędziłam dobrych kilka  godzin, więc odechciało mi się jechać w drugi koniec miasta, by w ZCO przepłukać port, szczególnie że odebranie niespodzianki, która niespodzianką już nie była, nie musiało odbywać się w jego pobliżu 🙂 Wspólna kawa, przerwana wiadomością od Tuśki: przełożono operację na poniedziałek, więc przyjęcie w niedzielę. Powietrze ze mnie zeszło, a Tuśka wściekła jak osa i z groźbą, że zrezygnuje. No cóż, też bym się wściekła, gdybym była na Jej miejscu. Na swoim, dobrze wiem, że takie niespodzianki się zdarzają, więc szkoda nerwów. Fakt, że przesunięcie żadnej z nas nie jest na rękę, ale mówi się trudno. Miałam w piątek jechać do szpitala, tak, by zaraz po operacji być przy Tuśce,  wrócić do DM, a na weekend poszukać jakiejś miejscówki nad morzem w najbliżej okolicy- wtedy do szpitala miałabym około 30 km. Szczególnie że  PT wyraziła chęć spędzenia wspólnego weekendu nad morzem i odwiedzania Tuśki. Wprawdzie choruje i jest na antybiotyku, ale do soboty pewnie by się wykurowała. Takie były plany, nie wspomnę o Pańciu… O ile nic się nie zmieni, to najprawdopodobniej będę gonić w kierunku morza w poniedziałek, a co dalej to nie wiem…ech…Życie ma specyficzne poczucie humoru…i jakieś święta za pasem…;)

Reklamy