Sentymentalny dojazd…

Wykluł się  kilka dni przed, i  z góry wiedziałam, że będzie sentymentalny- dawno w tych miejscach, z którymi wiąże się tak wiele wspomnień, nie byłam. Postanowiliśmy, w drodze nad morze odwiedzić groby  moich bliskich ze strony taty: babcię, dziadka, wujka, prababcię. Cmentarz znajduje się w niewielkim miasteczku położonym  kilkanaście kilometrów od wsi, w której wciąż stoi rodzinny dom mojego  taty. Stoi i tętni życiem, bo po śmierci dziadka  (babcia zmarła kilka lat wcześniej), zamieszkał w nim najmłodszy brat taty wraz z rodziną, a swój dom (w tej samej wsi) oddał swojemu najstarszemu synowi. Mój tata dość wcześnie opuścił swój rodzinny dom, bo jako czternastolatek, i od tamtej pory pracował i uczył się w DM. Najpierw jednak, jako czterolatek wraz z młodszym bratem (na grobie, którego zapaliliśmy znicz)  i rodzicami, oraz babcią ze strony ojca, został przesiedlony na ziemie zachodnie, a jego pierwszy rodzinny dom został spalony. Jemu i rodzicom „w bonusie” zmieniono dwie literki w nazwisku, a przeoczono to w metryce młodszego brata, co później okazało się  znamienne, ale dotyczyło  typowo rodzinnych pierepałek już po jego śmierci. (Wujek zmarł jak  miałam 5 lat, zginął w wypadku jadąc motorem.)

OM kilka dni wcześniej zadzwonił do wujostwa i uprzedził, że zajedziemy po drodze, na co w odpowiedzi ciocia wyraziła chęć wybrania się z nami na groby.

Dom, w którym mój tata spędził swoje krótkie dzieciństwo, ale który odwiedzał prawie w każdy weekend, a który ja pamiętam ze spędzonych w nim wakacji, świąt, weekendów- stoi na skraju wsi. Na jej  końcu, biorąc pod uwagę kierunek, z którego przyjeżdżałam  wraz z rodzicami z DM, oraz ten ( inny), z którego nadjechaliśmy z OM. Najpierw minęliśmy budynek, w którym kiedyś była świetlica (teraz też jest, ale tylko w jednej części budynku), w której w każdą wakacyjną sobotę odbywały się dyskoteki – na trzeźwo, dziś nie do pomyślenia! No, ale to nie był żaden lokal gastronomiczny tylko wiejska świetlica.  Chociaż niektórzy( nieliczni) radzili sobie w ten sposób, że pili alkohol (przeważnie wino patykiem pisane) zakupiony wcześniej w sklepie, który zamykano już o 13,, jak w każdą sobotę. Ten sklep wciąż istnieje, choć już  od dawna nie pod szyldem GS-u, tylko w prywatnych rękach. Doczekał się nawet konkurencji, która niedawno padła. Pamiętam, jak na jego schodach czekałam na dostawę chleba, bo w soboty zawsze późno dowozili. Babcia miała zapisany chleb, ale gdy niespodziewanie  zjechało się więcej rodziny i trzeba było kupić dodatkowy bochenek, a wolnych ( bez zapisów) nie było zbyt wiele, więc kto pierwszy w kolejce ten miał większą szansę, że chleba mu nie zabraknie. Gdy brakło, nie było tragedii, bo babcia wtedy upiekła, trochę zżymając się, że nie ma czasu, ale jak mus to mus 🙂 Sama z siebie  piekła chleb już coraz rzadziej. Szkoda, że nie nauczyła mnie, ale za to nauczyła mnie robić ciasto na pierogi, a ja Mam. Pamiętam też, jak w letnie niedziele przyjeżdżał samochód, z którego sprzedawano lody na patyku. Pewnie Bambino, ale nazwy nie jestem pewna. Za to dobrze pamiętam, że nie było to żadne auto- chłodnia, ale normalne osobowe, a w nim spore termosy. Wydarzeniem było przyjazd żuka lub nyski, których właściciele skupowali butelki i szmaty; w zamian można było od nich kupić różne rzeczy. To pamiętam jak przez mgłę, bo w końcu nie mieszkałam we wsi na stałe, i raz a może dwa razy byłam tego świadkiem i uczestnikiem; pamiętam, że  za butelki po raz pierwszy w  życiu dostałam kakaowego kodżaka – lizak kulka, dla tych, co nie kojarzą;) Wcześniej, w moim DM  udawało mi się kupić tylko owocowe, a tamten- jak dla mnie- przebijał je smakiem.

Skręciliśmy w prawo i…słyszę: wjechałaś na zakazie…Zatrzymuję się zdziwiona i jednocześnie zauroczona, że  droga zamiast piachu i kocich łbów jest wylana asfaltem (zrobiona w zeszłym roku)  i mówię: jaki zakaz, żartujesz chyba…Pojechałam przed siebie pod prąd, jak ten kuń, co na oślep do domu ciągnie; przejechaliśmy koło kościoła położonego w środku wsi na górce. Kościół kojarzy mi się z jednym: z prababcią w czerwonych koralach, stojącą przez całą mszę wyprostowana jak struna…Jeszcze jeden skręt w prawo i po lewej stronie minęliśmy dom, w którym obecnie mieszka mój kuzyn, a kiedyś prababcia i jego rodzice. Lubiłam tam bywać, i to nie z powodu kuzynów, gdyż dzieliła nas spora różnica wieku (teraz się zatarła), ale z powodu cioci i jej niepowtarzalnego, przepysznego placka z rabarbarem 🙂 A tak serio, tam zawsze była ciepła i radosna atmosfera 🙂

Moment, i już podjechaliśmy pod właściwą bramę (nowa metalowa zastąpiła starą drewnianą); zawsze to ja wyskakiwałam z auta i otwierałam ją szeroko (jeśli była zamknięta, bo często nie, szczególnie latem), tata trąbił, a ja darłam się: Babcia jesteśmy!!! Potem witałam się z psami, wpadając w babciny uścisk, a następnie w uścisk najmłodszej siostry taty albo odwrotnie. Z dziadkiem witałam się zawsze buziakiem w policzek.

Naprzeciwko bramy, po drugiej stronie drogi  jest  łąka, która kojarzy mi się z  czerwoną młockarnią i z pewnym, starszym o kilka lat przystojnym brunetem, z którym lubiłam przebywać 😉 Trochę dalej, jako odnoga drogi asfaltowej zaczyna się polna droga, wzdłuż nieistniejącego już dziś poniemieckiego cmentarza,  którą to kiedyś wielokrotnie pokonywałam pieszo, rowerem, konno, aż do rozległej łąki, którą wtedy użytkował dziadek, a potem została zalana pod stawy rybne. Tam dziadek albo najmłodsza siostra taty (starsza ode mnie cztery lata) wypasała krowy, a i mnie się zdarzało ich wyręczać lub im towarzyszyć. Z  głównej drogi jej nie widać- trzeba byłoby  tą polną przejść niecały  kilometr, przeciąć rzeczkę (w której mnie kiedyś skąpała Baśka- klacz dziadka) i jeszcze kawałek, by dojść do celu…Może kiedyś jeszcze to zrobię i  zobaczę, jak zmieniły się miejsca, gdzie paliliśmy ogniska, piekliśmy kurę w glinie i ziemniaki, gdzie budowaliśmy szałas, kąpaliśmy się w rzeczce…Patrząc na tę drogę, ( zmienioną, bo drzewa i krzewy wzdłuż rozrosły się znacząco)widzę nastoletnią dziewczynkę w czerwonym trykocie i sztruksowych rybaczkach, z końskim ogonem na głowie, pędzącą na spotkanie G, która akurat wracała w południe z krowami do domu…Rzuciłam się jej w ramiona, a w tym momencie, Drops chwycił mnie swymi zębami za łydkę- w obronie swojej pani. Źle odczytał moje intencje 😉 Oj, po raz pierwszy mój tata wściekł się na jakieś zwierzę, i w nerwach rzucił w niego cynkowym wiadrem, bo działo się to na jego oczach. Dropsa już dawno nie ma, a na mojej łydce wciąż widnieją ślady jego kłów.

Miałam w tym czasie przyjaciela, który tak jak ja, przyjeżdżał na wakacje do swoich dziadków, a miał on jeszcze dwie siostry, więc tworzyliśmy własną miejską bandę na wsi 😉 Z racji tego, że bywali oni częściej niż ja (mieszkali w mieście oddalonym o 40 a nie 80 km), to znali i kolegowali się też z miejscowymi rówieśnikami, więc czasem do różnych zabaw była nas spora gromadka.

Przy domu, z prawej strony był ogród, w którym kiedyś stała taty pasieka: pawilon i wolnostojące ule – do czasu kiedy ja dorosłam, wyszłam za mąż i wyprowadziłam się do innej wsi i zamieszkałam w domu z ogrodem, a tata przewiózł pszczoły do nas. W ogrodzie, na środku rosła  jabłoń, która rodziła niewielkie, ale za to dużo i bardzo słodkie jabłka. W niej najczęściej osiadały wyrojone pszczoły… ale zdarzało się również tak, że upodobały sobie kartoflisko, a nawet  drzewa w środku wsi, gdy ja, zamiast ich pilnować, urywałam się  rowerem nad jezioro znajdujące się w innej wsi, bo szkoda było mi gorącego dnia. Wtedy to wujek szedł z rojnicą i próbował je złapać. Jabłoni już nie ma, ale kilka uli jest…

Podwórko wciąż brukowane kamieniem i ma swój niepowtarzalny urok…Ganek zabudowany, dom odmalowany, okna wymienione…a w środku… Usiadłam w kuchni przy oknie: w tym samym miejscu  stoi stół i krzesła, jak za życia dziadków; kuchnia węglowa również się ostała, a przy niej stoi  siostra -gazowa.  W jednym z pokoi stoi fotel, w tym samym miejscu, w którym stał fotel dziadka- jego miejsce, w którym co wieczór zasiadał, by wypić kubek mleka przed telewizorem. Często w nim zasypiał… Sporo  się zmieniło, trochę nie, ale na pewno ciocia i wujek wciąż są tacy sami:)) Serdeczni, gościnni i wciąż młodzi mimo upływu lat…

Tych wspomnień  jest dużo więcej,  jedne wywołują drugie a te następne…ale i tak już popełniłam  chyba najdłuższą  notkę, jak do tej pory  ;)…Zresztą zgłodniałam, więc…obudzę OM i zejdziemy coś zjeść ;)…a nad Bałtykiem przyjemnie wieje 🙂

Reklamy