Nie być jak teściowa…

I to (nie)własna.

Jakiś czas temu nie mogłam spać z nadmiaru myśli nieproszonych. Nabuzowana negatywnymi emocjami do osoby, która mi stresuje dziecię, a które to ( dziecię) stresu powinno unikać jak ognia- miotałam się w łóżku do późnych godzin, zła już sama na siebie. Wszak ja też powinnam wystrzegać się stresu,  jak morowego powietrza. I żeby już nie myśleć o przyczynie, moje myśli  powędrowały ku ostatniej rozmowie z moją Przyjaciółką, albowiem rozmowa ta była adekwatna do zaistniałej sytuacji, czyli niespania z powodu przygnębiających  myśli i emocji.

Otóż moja Przyjaciółka, stwierdziwszy, że zachowuje się jak własna teściowa- nie śpi po nocach, bo coś jej zalega na wątrobie- postanowiła swe żale „wygarnąć” bezpośrednio przyczynie zatrucia owego, jakże ważnego narządu.  Przecież nie będzie tak, jak jej własna teściowa: gadać, że spać nie może przez kogoś, a nic z tym nie robić. Sama jako teściowa, wyznawała zasadę niewtrącania się, niepouczania- uznając, że jeśli nawet jej się coś nie podoba, nie jest to jej życie, tylko syna i synowej. Jako matce własnego syna, czasem zrobiło jej się go żal, ale upewniwszy się, że jest szczęśliwy, werbalnie nie reagowała. Przyjęła do wiadomości umowę młodych, co do obowiązków i partnerstwa- nawet ją rozumiała i akceptowała, choć nieraz naocznie widziała (subiektywnie), że syn jest wykorzystywany. No, ale jeśli tak lubi i się zgadza, to nie jej sprawa, choć wyżalić się od czasu do czasu musiała, bo jako ta tradycjonalistka, uważa, że o ognisko domowe powinna dbać kobieta; a przynajmniej też, bo skądś biorą się  zdrady w związkach, jeśli w tej materii  kobieta nie spełnia oczekiwań- pytanie tylko czyich?  Jednak nie to ją pozbawiło snu, a co za tym idzie, nie z tego powodu postanowiła powiedzieć synowej, co ją uwiera. O tyle było jej łatwiej, że obie panie są po imieniu, więc rozmowa odbyła się na jednej płaszczyźnie. Znam swoją Przyjaciółkę nie od dziś, więc wiem jedno: zachowanie synowej musiało  mocno jej doskwierać (bynajmniej nie do niej samej), inaczej spałaby snem sprawiedliwym i  nie decydowałaby  się na trudną  rozmowę.

Przyjaciółce po rozmowie ulżyło. Wyrzucenie z siebie tego  co ją uwierało, okazało się skuteczne, bo przestało spędzać jej sen z powiek. Szczególnie że odbyło się to w  spokojnej i życzliwej  atmosferze. Wysłuchała również (ze spokojem ) uwag pod swoim adresem. Synowa była zdziwiona, że jest tak a nie inaczej postrzegana (tylko w pewnych kwestiach, bo teściowa ogólnie ją bardzo lubi i szanuje, a nawet za pewne rzeczy podziwia), ale też  przyznała jej rację odnośnie niektórych zarzutów, w innych zaś trwała przy swoim zdaniu. Co z kolei teściowa uznała, że ma do tego prawo, nawet jeśli jej się to nie podoba.

Jak widać, czasem warto pogadać, a nie trzymać urazy w sobie. Nawet jeśli ma to znamię wtrącania się w nie swoje sprawy. Jednak, gdy coś dzieje się na naszych oczach, to myślę, że mamy prawo zareagować. Tak dla oczyszczenia atmosfery. Teraz obie panie wiedzą, co każda myśli o drugiej.

Jeśli chodzi o moją przyczynę zgryzoty- sprawa jest bardziej skomplikowana i nieprzyjemna. „Wygarnięcie” nie przyniosło mi szczególnej ulgi.  Szczególnie że nie mogłam rozmawiać z konkretnymi  osobami- sprawcami.  Z drugiej strony, uruchomiło ciąg dobrych zmian, przynajmniej w newralgicznym obszarze. Pytanie tylko, czy na długo. Niestety nie ode mnie to zależy. Sypiam  lepiej, ale mam teraz świadomość, że coś okazało się iluzją…Oraz, że pewne relacje już nigdy nie będą takie jak kiedyś…

 

Reklamy

Jesień pełna różnych wrażeń…

Gdy kilka minut po 22. wyszłam z koleżanką z kamienicy w DM do czekającego na nas w samochodzie OM, to pierwsze co powiedziałam: Ależ ciepła noc…Termometr w aucie pokazywał, że na zewnątrz jest 15,5 stopnia. Toż to latem bywały zimniejsze wieczory, noce i ranki… Na trasie pomiędzy DM a domem, temperatura raz rosła, a raz spadała, ale utrzymywała się w granicach 14,5- 16,5 st.,  a  na elektronicznej tablicy pomiaru temperatury powietrza  na S3  wyświetlały się cyfry 17,5. Szok.  Noc była naprawdę ciepła i bezwietrzna; pod naszym domem, kole  24. było 15,5. Szok. Niedzielne przedpołudnie, równie ciepłe i bardzo słoneczne, ale za to mocno wietrzne. Tak bardzo, że zabrało nam prąd na ponad dwie godziny. (Normalka, że kiedy wieje, to w naszej części wioski, jak w banku mamy, że prądu nie będzie.) Z racji tej, że sobotni wieczór spędziłam w szerszym babskim gronie (szczęśliwa siódemka) w moim rodzinnym mieście- kolejny „Zlot Czarownic”- to już w sobotę wiedziałam, że Tatę do DM odwiezie Tuśka. Wprawdzie nie miałam zamiaru nocować, bo OM sam się zgłosił  (już w piątek) na mojego osobistego kierowcę- co w sumie zaważyło na mojej decyzji o uczestnictwie w tym spotkaniu,  bo w pierwszej chwili na środowy telefon z zaproszeniem, odpowiedziałam: raczej mnie nie będzie- ale nie uśmiechało mi się, gonić znowu do DM w niedzielę, tym razem w charakterze szofera.

Pewnie, jednak gdyby mi się chciało, to przynajmniej nie doświadczyłabym kolejny raz, tej jesień, negatywnych emocji. Właściwie wciąż nie mogę przestać o tym myśleć: co by było, gdyby Tuśka kilka, kilkanaście sekund wcześniej lub później od nas wyszła, jechała szybciej albo wolniej…Ewidentnie się śpieszyła, podrzucając nam Pańcia, Dziadek już czekał u siebie…Przez przejazd kolejowy przejechała nie zatrzymując się ani nie zwalniając-  według niej nie zadziałała sygnalizacja świetlna. Było blisko, bardzo blisko od tragedii. Tata jak zadzwonił do mnie, już z DM, to mówił, że „uciekła” metr przed pociągiem… Widział, bo stał na chodniku przy ulicy. Tuśka  przez 15 minut dochodziła do siebie w aucie, by móc dalej jechać.  Nie wiem, dlaczego Tata nie zadzwonił do nas od razu, a Tuśka zadzwoniła do OM dopiero z oddalonego o 35 km miasteczka, podczas tankowania. Wtedy jeszcze nie dotarła do mnie groza tej sytuacji, gdyż OM półsłówkami coś tam do mnie bąknął, nie chcąc się rozgadywać przy Pańciu. Inaczej zawróciłabym ją do domu i sama odwiozłabym (albo zrobiłby to OM, którego w sumie zamurowało i trwał w stuporze jakiś czas, po skończeniu rozmowy) Tatę do DM. Rozmawiając z nią przez telefon (gdy była już/jeszcze w DM), dotarło do mnie, jak mocno to przeżyła. A czekał ją jeszcze powrót do domu. Na szczęście bezpieczny, co okupiłam nerwowym oczekiwaniem.

I tak o to Rodzinka dostarcza mi wrażeń, coby przypadkiem monotonnie, melancholijnie  tej jesieni nie było…No to mi skacze adrenalina co jakiś czas: najpierw Mam, potem Tata, teraz Tuśka…Kto kolejny?- tfu, tfu pluję, pukam i nawet jestem w stanie odprawić jakieś egzorcyzmy…

Także tak…Sobotnie późne popołudnie i wieczór minęły  na pogaduchach o wszystkim i o niczym (zero polityki) przeplatane serdecznym śmiechem i radością ze wspólnego obcowania. Wypite dwie lampki czerwonego wina i przepyszny domowej roboty sernik (dostałam na wynos) tylko podsycały  dobry humor. A wyniesione (za zgodą :)) 12 sztuk książek, przypieczętowały i tak bez tego już bardzo udany wieczór.  A nie chciałaś jechać- to OM przypomniał mi, widząc nieschodzącego „banana” z mojego oblicza w czasie drogi do domu. No nie chciałam, bo nie miałam siły w tę i nazad, kolejny raz, a nie miałam ochoty obudzić się w niedzielny poranek w nie swoim łóżku oddalonym o 120 km od domu( nawet jeśli byłoby to dobrze znane łóżko a za ścianą własna Mam;))- potrzebuję luźnego  weekendu, który zakończy normalny (spokojny) tydzień, by dojść do siebie. Z drugiej strony jak nie teraz to kiedy? Kiedyś, może nie nadejść…ech…

Taka gmina…

„…Ni wyżyna, ni nizina,
Ni krzywizna, ni równina –
Taka gmina.
Ani piasek, ani glina,
Tylko lasek i olszyna –
Taka gmina.
Ani POM-u, ani młyna,…

…Gdzieś ktoś kogoś czymś zarzyna –
Taka gmina.
Jaki powód, czyja wina,
Czy to skutek, czy przyczyna –
Taka gmina?…”

Jaka? W ruinie. Czyja wina?

Najpierw  Radni uchwalili jednogłośnie ( w roku 2014) uchwałę budżetową na rok 2015 (zatwierdzoną przez Regionalną Izbę Obrachunkową), w której był zaplanowany kredyt na spłatę wcześniejszych zadłużeń zaciągniętych na inwestycje oraz na utrzymanie płynności finansowej Gminy, a na ostatnim posiedzeniu Rady, większość radnych nie wyraziła zgody na zaciągnięcie długoterminowego kredytu. Wójt zaś ogłosił: że w takim razie wstrzymuje wszystkie prace inwestycyjne, zawiesza realizacje funduszu sołeckiego, reorganizuje oświatę na terenie  Gminy, oraz uszczupli zatrudnienie w Urzędzie Gminy. Jednym słowem: szykuje się ruina!

Tak się zastanawiam, szczególnie gdy przeczytałam wpis jednej radnej, cytuję: Przyznaje się bez bicia, chyba nie przygotowałam się na sesje o budżecie, bo nie pamiętam tego kredytu (za którym głosowała w 2014); i usłyszawszy wypowiedź innej: że gdzie indziej powinno się poszukać pieniążków, a nie zaciągać kolejny kredyt (za którym głosowała w 2014)- czy radni wiedzą co czynią za każdym razem, jak podnoszą rękę za lub przeciw.

Chciałabym się dowiedzieć, jakie to pomysły mają Radni na zdobycie funduszy, i dlaczego nie mieli ich w momencie przegłosowywania budżetu. Nie jestem zwolenniczką zadłużania się*, ale w ten sposób postawili Wójta ( którego też nie jestem zwolenniczką) pod ścianą, bo gdyby wcześniej wiedział  o braku zgody na kredyt, to inaczej rozplanowałby wydawanie pieniędzy (na spłatę zadłużenia, a nie np. na wykonanie dokumentacji technicznych pod nowe inwestycje) i Gminie obecnie  nie groziłaby utrata płynności finansowej.

Także tak. Mamy szach…Czy będzie mat? Mają się podobno toczyć rozmowy między radnymi. Czy się dogadają?

* Obecnie trudno bez kredytów- przy zmniejszonych subwencjach i dodatkowych zadaniach, które nałożone są na gminy- realizować nie tylko  inwestycje, na które czekają mieszkańcy, ale również zabezpieczyć środki na wszystkie zobowiązania. Nawet dotacje unijne wymagają zaangażowania najpierw własnych środków, o czym być może nie wszyscy radni wiedzą…

To tyle  z lokalnego podwórka, a z dużego…

PAD w ramach budowania wspólnoty ( chyba z dykty ), o której tak wszem i wobec cudnie opowiada, wyznaczył  datę zaprzysiężenia nowego rządu i posłów, dyplomatycznie ujmując dość niefortunnie, bo w dniu nadzwyczajnego posiedzenia RE na Malcie. Ale według niektórych posłów PIS, to Przewodniczący owej Rady złośliwie ustalił tę datę, chcąc jeszcze obecnej p.Premier zafundować wycieczkę na słoneczną wyspę.  Mógłby sam PAD reprezentować nasz kraj na międzynarodowym szczycie, ale jak tu przyjąć wytyczne  od rządu w trakcie dymisji, na którego czele stoi Premier nieistniejąca już ( jakby kiedykolwiek była) dla  samego prezydenta i jego partii, która ma rządzić. Także jakby co, to rozmowy o uchodźcach bez nas, bo ważniejsze jest utarcie nosa byłemu Premierowi, który  śmiał migrować do Brukseli, a który przez jedną partię nie był przez lata uznawany, mimo że wygrał demokratyczne wybory. Zapomniałam: sfałszowane…

I tu też szach! A co tam, niech nas reprezentuje premier np. Czech 😉 Czy będzie mat? Kombinują, kombinują, bo już się za głośno i medialnie zrobiło.

 

Mamy nie biorą zwolnienia…

…nie dlatego, że nie mogą, ale dlatego, że nie chcą. Mając mobilną babcię na podorędziu, mogą spokojnie udać się do pracy, gdy ich dziecko zachoruje. Tuśka nie ma nad sobą rygorystycznego szefa jakieś korporacji, czy sfrustrowanego kapitalistę małego przedsiębiorstwa- jest pracownikiem samorządowym. Mogłaby spokojnie udać się na zwolnienie lekarskie za każdym razem, gdy samej jej coś dolega, czy dziecku. Jednak  nie robi tego.

Trzy dni z Pańciem, któremu oprócz temperatury nic innego nie dokuczało, było dość absorbujące, więc nie bardzo miałam czas na cokolwiek innego 😉 A dziś, zamiast zabrać się z energią do wszelkich zaległości, które legły odłogiem, stwierdziłam, że uszło ze mnie powietrze i nie dam rady. Grunt to trafna diagnoza 🙂

Wczoraj odwiedziła nas LP z dziećmi: synem i wnuczką- pierwszoklasistami. Akurat Pańcio miał jeść obiad, więc naturalne było, że cała trójka usiądzie do stołu. Dzieci składały zamówienie, przekrzykując się jednocześnie:

– ja nie chcę ziemniaków

– ja nie chcę sosu

– ja mięsa

– ja też bez sosu; ziemniaczki i kalafior

a ja nie chcę kalafiora

I tak pomyliłam, które co, bo w międzyczasie zmieniały preferencje, a podczas jedzenia: ten sos to taki jak tu?, to ja chcę!!! I mięsko też…a ja kalafior…Ech…ważne, że się najadły i miały siłę do wspólnej zabawy 😉 Głośnej, bardzo głośniej…Obie z LP stwierdziłyśmy: że ani nauczycielkami, ani przedszkolankami, ani nawet jako personel w stołówce szkolnej- nie mogłybyśmy być! Praca w szkole to nie nasza bajka 😉 Pamiętam obrazek sprzed lat, jak jeszcze moja PT  była nauczycielką, a ja ją odwiedziłam podczas lekcji w czwartej klasie szkoły podstawowej. Całe 1,52 w kapeluszu wśród przekrzykujących  się nawzajem dzieciaków. Pewnie bym jej nie wypatrzyła w klasie, gdyby wtedy nie była w ciąży, i trochę się przez to nie wyróżniała. Byłam  w klasie może z 3 minuty i wyszłam z podziwem, że Ona wytrzymuje to przez niejedne 45 minut…

Jak już poruszyłam temat szkoły, to odniosę się do propozycji likwidacji, znaczy się „wygaszania gimnazjów”. Tak naprawdę nie wiem co o tym myśleć, choć nie ukrywam, że raczej sceptycznie się odnoszę do tego. Osobiście, na podstawie własnych dzieci, nie uważam  gimnazja za samo zło, i za całkowicie nieudaną reformę szkolnictwa. Mojej rodzinie nawet ta reforma się przysłużyła, bo moje dzieci zamiast w wieku 15. lat, to ruszyły w świat ku samodzielności  mając 16 lat; a w tym przedziale wiekowym, rok robi kolosalną różnicę: w dojrzałości, przystosowaniu, odpowiedzialności…Oboje kończyli wiejskie gimnazjum, i oboje dostali się do DM do dobrego liceum, które sami sobie wybrali… Zresztą polscy gimnazjaliści znacznie poprawili swoje wyniki  we wszystkich badanych obszarach i obecnie w UE  mają wynik powyżej średniej.  Ale zapewne znajdą się przeciwnicy, jak i zwolennicy gimnazjów. Ci drudzy, w większości dlatego, że boją się kolejnej reformy, na którą potrzeba kolejnych nakładów, i tego niewiadomego  co za tym stoi. Ja do samego gimnazjum nie mam zastrzeżeń, inaczej już się ma to w kontekście całej reformy, czyli likwidacji szkół zawodowych, i to że licea są trzyletnie,  w technikum czy na studiach odbywana praktyka nie musi iść w parze z kształceniem się…itp. Szczerze mówiąc, byłam za starym systemem, ale gimnazjum nie okazało się takim diabłem, jak go malowano. Nie przemawia do mnie slogan: gimnazja to wylęgarnia zła i patologii. Nie zgadzam się z tym, bo nie można kłopotów z młodzieżą w danym wieku, wrzucać do jednego worka pt: gimnazjum. Jako rodzic, przeżyłam reformę, dzieci też 🙂 A teraz pozostaje tylko ciekawość czy da się kolejny raz, bez większych szkód zreformować szkolnictwo. I cieszę się, że Pańcio ma jeszcze kilka lat, zanim pójdzie do gimnazjum- tak jak jego Mama i Wujcio, czy do siódmej klasy – tak jak jego dziadkowie 😉

Od dwóch dni zimnica i mglisto. Wymyśliłam zupę z zielonej soczewicy, na rozgrzewkę. To znaczy, wymyśliłam, że poszukam przepisu w necie 😉

Krótka rozmowa na temat…

Kilka dni temu, odbierając Pędraczka z przedszkola, odbyłam krótką rozmowę z Panią Przedszkolanką. Bynajmniej nie na temat naszego Przedszkolaka 😉

Do tej pory, gdy tylko ukazałam  się Pędraczkowi w drzwiach przedszkolnej sali, to pędem rzucał się w moje ramiona z krzykiem: babciaaaa!- i  od razu wychodziliśmy, ledwo wypowiadając: do widzenia…:) I  tym razem okrzyk był, ale zamiast od razu ruszyć w moją stronę, zakręcił się wokół własnej osi i udając się do jednej z szafek z szufladami, oznajmił, że ma dla mnie rysunek. To dało czas Pani (byłej przedszkolance również moich dzieci) na podejście do mnie, zanim wraz z Pędraczkiem ulotniliśmy się w tempie błyskawicy 😉

Jeździ pani jeszcze do DM-  odrobinę zdziwiona słyszę pytanie, jak dla mnie retoryczne, na które od razu nasuwa mi się jedna odpowiedź: od 25.  lat nieustanie…Jednak moje szare komórki  nadżarte przez chemię;)) zaczęły intensywnie pracować, więc odpowiedziałam:

– Tak, obecnie co trzy miesiące…

Co trzy?, ja w tej chwili jeżdżę co pół roku…markery…Moja pani doktor zasugerowała, żebym zrobiła badania genetyczne, ale wie pani, ja się waham, bo jeśli byłabym obciążona, to jaki prezent bym zgotowała własnym dzieciom?

–  To nie jest dobre myślenie;  wiem, że niewiedza bywa milsza, ale wiedza daje oręż w postaci profilaktyki i łatwiejszego do niej dostępu. Gdy w rodzinie ktoś choruje, to i tak choroba dotyka najbliższych: większa  jest świadomość, znajomość i …większy strach. To czy zrobi się badania, czy nie, nie zmieni rzeczywistości, bo niezależnie od nich, jest się lub nie jest się  genetycznie obciążonym; zaś wiedza o większym ryzyku  zachorowania na dany typ nowotworu, automatycznie gwarantuje poszerzoną diagnostykę specjalistyczną i  jej regularność,  co daje większe szanse niezachorowania. Jeżeli  nie jest się obciążonym takim ryzykiem, to i tak warto się badać, bo zachorowalność na nowotwory ciągle wzrasta.

No tak, ja to wszystko rozumiem, ale dzieci są jeszcze takie młode, a tu taki prezent na starcie w dorosłość ( dzieci, są mniej więcej w wieku moich, Pani jest ode mnie 2-3 lata starsza).

Proszę nie myśleć w ten sposób;  przecież sam fakt, że zachorowała Pani, był i jest dla nich ogromnym przeżyciem, a zarazem doświadczeniem i…obciążeniem: musieli się oswoić z chorobą, skutkami leczenia, rokowaniami…  Dlatego  warto zrobić wszystko, by skutecznie zabezpieczyć się przed zachorowaniem. Młodzi również chorują, i warto o tym pamiętać i uprawiać profilaktykę. Ewentualne potwierdzenie nosicielstwa zmutowanego genu, w dużej mierze ułatwi dostęp do specjalistycznych badań w dobrych ośrodkach, a jeśli się nie potwierdzi, to i tak nie powinno to zwalniać  nikogo z czujności i dbałości o własne zdrowie, szczególnie gdy w rodzinie były zachorowania na nowotwory. Proszę uwierzyć, że z tą wiedzą da się normalnie żyć…i cieszyć każdą chwilą.

Dziękuję, bardzo dziękuję, jak to dobrze z kimś porozmawiać, teraz muszę sobie to poukładać w głowie…

Z reguły nie wdaję się w takie dyskusje i pytania odnośnie mnie i mojego skorupiaka ucinam w zarodku. Od obcych. Szczególnie tych z ( nie)mojej wsi. Jednak ta sytuacja była inna: lubię Panią, a jeszcze bardziej lubię jej Tatę, starszego przesympatycznego pana. Gdy jego córka (moja rozmówczyni) zachorowała, czasami, spotykając się w przelocie ( również w szpitalu onkologicznym) wspierałam dobrym słowem, dodając otuchy. Zresztą myślę, że samo to, iż ja już tyle lat się zmagam (o czym przecież wszyscy wiedzą ;)), bez zbędnych słów pokazuje, że niemożliwe bywa możliwym.  Zaś rozmowa, nawet krótka,   może naprowadzić na odpowiedni tor… nie tylko myślenia, ale przede wszystkim działania. Bo bierność, chowanie głowy w piasek, udawanie lub wierzenie, że mnie to nie dotyczy, to jest jak oddanie walkowerem meczu, zanim weszło się na boisko i zobaczyło, że przeciwnik nie jest taki straszny, jak go malują…

Z drugiej strony- wciąż zbyt często spotykam się z takim podejściem, którego nie rozumiem, choć rozumiem, że strach może ogłupić.  Rozumiem samo rozumowanie, bo moje myśli też szły podobnym  tokiem, nawet je głośno wypowiadałam. I nawet używałam podobnych słów: prezent, dorosłość, obciążenie…Tyle że, ja nawet przez sekundę nie zastanawiałam się nad kwestią czy  dzieci mają zrobić badania, czy nie. To było oczywiste, że tak. No cóż, taki swoisty prezent na 18-kę…Dlatego, i przeraża mnie i jednocześnie wkurza, gdy słyszę, że może lepiej się nie badać, nie operować, nie leczyć się…

Na ekrany kin niedawno wszedł film pt. „Chemia”. Miałam zamiar obejrzeć, ale zrezygnowałam- może doczekam się jak będzie w TV. Wiem, że  film (dość luźno -recenzja Tuśki po obejrzeniu ) oparty jest na życiu osoby, o której kilka lat temu widziałam reportaż, a jeszcze wcześniej poznałam początek jej historii ze skorupiakiem z  programu w telewizji. Znałam więc fakt,  że w momencie, gdy dowiedziała się o nowotworze- mając w pamięci własną matkę, która  lecząc się ” chemią”  bardzo cierpiała, i w rezultacie przegrała tę walkę-  nie podjęła leczenia konwencjonalnego i szukała pomocy u uzdrowicieli. O ile dobrze pamiętam, przez około dwa lata…To ogrom czasu, który zapewne zaważył na przebieg choroby i jej rokowania. Być może dlatego, mimo w końcu podjęcia leczenia, a nawet remisji choroby,walkę przegrała po 8 latach zmagań. Pamiętam, że słuchając wywiadu, byłam zaskoczona, ale i zdruzgotana tym, że od samego początku nie zaufała lekarzom, że nie było przy niej nikogo (bliskiego, lekarza) kto by naprowadził na odpowiedni tor i nie pozwolił zejść z kursu.

Zawsze się zżymam, jak osoby chore porównują się z innymi chorymi na nowotwory i, wszystkie skorupiaki wrzucają do jednego worka.  Dlaczego? Bo to tylko nakręca spiralę strachu, czasem daje złudną nadzieję, często zafałszowany obraz. Prosty przykład z markerami: jedna osoba może mieć ten sam marker niewiele wyższy od normy albo nawet w normie, a inna kilkaset lub kilka tysięcy powyżej, a obie  mają taki sam stopień zaawansowania choroby.

Zżymam się na fachowców od siedmiu boleści, którzy „znają się” na skorupiakach, bo ileś lat temu chorował  ich wujek czy inny osobnik z dalszej rodziny, więc wiedzą, jakie objawy powinien mieć każdy chory, jak się czuć, a nawet  zachowywać, a i często, jak i czy powinien się leczyć- oczywiście konwencjonalnie.

Wiecie, ile razy spotkałam się z czymś takim, że sąsiadka, ciocia, kuzynka wujka…etc … powiedziała, i to jest świętsze od tego, co powiedział lekarz? To się wciąż dzieje!