Moja córka jest chodzącą świętością…

Każda matka powinna wspierać własne dziecko. Ale czy zawsze bronić, niezależnie od sytuacji?

Patrząc z boku na relacje matki i córki w tej rodzinie, to nic  tylko podziwiać!  I od lat nic ich nie zmienia- ani małżeństwo, ani rodzicielstwo córki. Nic, tylko pozazdrościć! Matka  uważa te relacje  za świętość. Nie wyobraża sobie nie mieć córki. Bo córka to najpiękniejsze, najcudowniejsze, co mogło ją w życiu spotkać. Piękne, prawda? Widzą się codziennie, traktują się jak przyjaciółki, gadają o wszystkim i o wszystkich. Matka zna tylko wersje córki, ale jej córka przecież nie może kłamać, konfabulować, koloryzować, etc… Straciła przyjaciółki?- to winna tamtych, ona się na nich zawiodła. Córka ma umiejętność manipulacji wydarzeniami. Nie ma obawy, że matka nie uwierzy w jej wersje, bo przecież córka to taki dobry człowiek, dobra żona, dobra matka, ale przede wszystkim wspaniała córka. Wszystko co robi i mówi ociera się o świętość. Cokolwiek mówi i robi- ona zawsze chce dobrze. Nikt i nic nie zmieni  tego wizerunku. Żadna prawda.

Córka- baba prawie czterdziestoletnia, zaczyna się bawić  w niebezpieczne gry rodem z piaskownicy. Niby dziecinada, ale groźna w skutkach. Nie sądzę, żeby to stało się nagle, ale trafiło na kogoś, kto zareagował, nie pozwalając sobie na takie traktowanie i ingerencje. Tyle że, to walka z wiatrakami. Córka  umiejętnie wszystko odwraca kota ogonem, i to ona nagle staje się ofiarą. W oczach własnych i matki. I nic, i nikt nie jest w stanie zmienić ich zdania. Obie w swej podświadomości mają zakodowany tylko jeden, nieskalany wizerunek.

Kto wygra w starciu córki  z synową? Jasne, że córka. Szczególnie że synowa nie dorasta wyobrażeniu o synowej- nie jest kopią córki. Jest od razu na przegranej pozycji. A córka swoją partię rozgrywa w białych rękawiczkach- ma wprawę. Na dodatek sprawia wrażenie, że sama wierzy we własne wersje.

Byłoby to tylko dziecinadą i sporem między dwiema kobietami, ale córce  nie wystarcza, że ma za sobą matkę, więc mąci dalej. Narozrabiała, ale to ona żąda przeprosin. Nie doczekawszy się- mąci i nęka, kompletnie nie zdając sobie sprawy (albo zdając) z tego, co robi. Ona przecież chce dobrze! Jeśli  już coś, to tylko w obronie! No i co ludzie powiedzą!

Sama jestem matką córki. Znam jej wady i zalety. Kocham ją, staram się wspierać i nawet bronić, jeśli widzę, że ktoś ją krzywdzi. Nigdy jednak nie zdarzyło mi się iść w zaparte, jeśli ktoś miał jakieś słuszne uwagi w stosunku do jej zachowania. Nie jest idealna i nie jest dla mnie świętością. Jest jak każdy człowiek- nieidealna i  czasem popełnia błędy. I ja to widzę. Moja miłość do niej jest bezwarunkowa, ale nie ślepa.

Bliskość w rodzinie i bliskość rodziny   jest fajna, ale ma też ujemne strony. Wierzę, że niejedna matka pozazdrościłaby takiej relacji i tego, że dorosłe dzieci  mieszkają na tyle blisko, że  codzienny z nimi kontakt, to  zwyczajność. Któż by tak nie chciał? No właśnie.  Jednak  coś, co wydawałoby się  piękne i do pozazdroszczenia, nagle (to moje subiektywne odczucie) ociera się o jednostkę chorobową. Mam takie przemyślenia, że kiszenie się tylko we własnym  rodzinnym sosie, źle wpływa na relacje z innymi.  A może się mylę? Inni to obcy, niewarci przyjaźni i akceptacji? Może za córką trzeba zawsze stać murem, nawet jeśli jej poczynania uderzają rykoszetem w drugie dziecko- syna.  No, ale syn to taka dupa…w oczach tej samej matki (gwoli ścisłości: w pewnych aspektach życia).

Moim zamiarem nie jest uświadamianie, jaką jest matką i udowadnianie jakim złym człowiekiem albo bezmyślnym może być jej córka. Tylko jakie są skutki ich poczynań.

Wiem, że nie opisałam tu wszystkiego: szczególnych relacji córki nie tylko z matką… a które mają wpływ na życie innych.

Jestem tylko ciekawa, czy znacie takie matki? Może to nie jest wyjątek. Może każda matka powinna zawsze wierzyć tylko córce? Albo inaczej: nie wierzyć, że w oczach innych nie jest taka idealna i zdarza się jej popełniać niefajne rzeczy?  Ja rozumiem, że trudno uwierzyć, jeśli całe życie uważa się córkę za chodzący ideał człowieka…Może kiedyś tata była? Ludzie się zmieniają, córki też.

Tak, wiem, każda matka ma prawo  bronić swoich dzieci…Tylko co wtedy, jeśli jedno  dziecko swoimi poczynaniami miesza w  związku drugiego? Hmm… w tej rodzinie, jest tylko jedna święta…

I jeszcze jedno: każde małżeństwo to autonomiczny związek. A przynajmniej taki powinien być. I niekoniecznie musi spełniać wyobrażenia innych…Czy tak to trudno zrozumieć?

 

 

 

Reklamy

10 myśli na temat “Moja córka jest chodzącą świętością…

  1. Nie ma ludzi świętych :/
    Przykre, gdy takie rzeczy dzieją się w rodzinie i to jeszcze urządza się piaskownicę. Ale mnie… nic już chyba nie zdziwi. Ściskam 🙂

    Polubienie

  2. Znałam takie matki i takie dzieci. Działo się to w czasie, gdy owe cudowne i święte dzieci chodziły do podstawówki i gimnazjum, ale świętość i cudowność już wtedy biła z nich na kilometr. Te dzieci zawsze mówiły prawdę, zawsze były pokrzywdzone. Nawet jak gagatek zniszczył komuś plecak, to taką w związku z tym przeżywał traumę, że mamuśka musiała mu prezent zrobić, żeby go odstresować. A potem z tych cudownych i świętych rosną takie święte krowy, którym się wszystko należy, wszystko wiedzą lepiej (łącznie z tym, jak kto powinien żyć), a jak nie, to są pokrzywdzone przez los i ludzi.
    Niestety, nie ma na nich innej rady, jak tylko zdecydowane odizolowanie się.
    Powodzenia życzę:)

    Polubienie

    1. Kurcze, na wywiadówkach u swoich dzieci, czasem otwierałam szeroko oczy, a nieraz i usta, jak widziałam starcie Mamusiek z nauczycielką. Owe mamuśki, rzadziej tatusiowie, stawały w obronie własnych dzieci, bo przyjmując tylko ich wersje, nie przyszło im do głowy, że racja może stać po stronie szkoły. Robiły to czasem zażarcie i zawzięcie.

      Czasami nie ma możliwości odizolowania się. A właściwie jest- radykalna, a co za tym idzie, bolesna w konsekwencjach.
      Dzięki! 🙂
      Serdeczności 🙂

      Polubienie

  3. No tak, nie jest to proste.
    Ja jednak zazdroszczę wszystkim kobietom, które mają córki. Bo ja mam tylko synów, co wcale nie znaczy że jestem z tego powodu nieszczęśliwa.
    Po prostu relacja matki z córką jest bardzo specyficzna chociaż z pewnością często trudna..
    Pozdrawiam

    Polubienie

    1. Gdybym miała tylko synów, nie zazdrościłabym- kiedyś uważałam, że lepiej dogadam się nawet z trójką niż z jedną córką. Kiedyś, to znaczy przed pierwszą ciążą. Pierwsza się urodziła córcia, i od razu nie wyobrażałam sobie, by miało Jej nie być 🙂 Jej, a nie potencjalnej dziewczynki. Matki z córkami mają różne relacje, masz racje, że są specyficzne…ale dotyczy to również synów 🙂
      Są takie matki, które uznają tylko córki, w których to rodzinach liczą się tylko kobiety, a faceci są marginalizowani i sprowadzani do zabezpieczenia bytu rodzinie.
      Serdeczności 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s