Jesień pełna różnych wrażeń…

Gdy kilka minut po 22. wyszłam z koleżanką z kamienicy w DM do czekającego na nas w samochodzie OM, to pierwsze co powiedziałam: Ależ ciepła noc…Termometr w aucie pokazywał, że na zewnątrz jest 15,5 stopnia. Toż to latem bywały zimniejsze wieczory, noce i ranki… Na trasie pomiędzy DM a domem, temperatura raz rosła, a raz spadała, ale utrzymywała się w granicach 14,5- 16,5 st.,  a  na elektronicznej tablicy pomiaru temperatury powietrza  na S3  wyświetlały się cyfry 17,5. Szok.  Noc była naprawdę ciepła i bezwietrzna; pod naszym domem, kole  24. było 15,5. Szok. Niedzielne przedpołudnie, równie ciepłe i bardzo słoneczne, ale za to mocno wietrzne. Tak bardzo, że zabrało nam prąd na ponad dwie godziny. (Normalka, że kiedy wieje, to w naszej części wioski, jak w banku mamy, że prądu nie będzie.) Z racji tej, że sobotni wieczór spędziłam w szerszym babskim gronie (szczęśliwa siódemka) w moim rodzinnym mieście- kolejny „Zlot Czarownic”- to już w sobotę wiedziałam, że Tatę do DM odwiezie Tuśka. Wprawdzie nie miałam zamiaru nocować, bo OM sam się zgłosił  (już w piątek) na mojego osobistego kierowcę- co w sumie zaważyło na mojej decyzji o uczestnictwie w tym spotkaniu,  bo w pierwszej chwili na środowy telefon z zaproszeniem, odpowiedziałam: raczej mnie nie będzie- ale nie uśmiechało mi się, gonić znowu do DM w niedzielę, tym razem w charakterze szofera.

Pewnie, jednak gdyby mi się chciało, to przynajmniej nie doświadczyłabym kolejny raz, tej jesień, negatywnych emocji. Właściwie wciąż nie mogę przestać o tym myśleć: co by było, gdyby Tuśka kilka, kilkanaście sekund wcześniej lub później od nas wyszła, jechała szybciej albo wolniej…Ewidentnie się śpieszyła, podrzucając nam Pańcia, Dziadek już czekał u siebie…Przez przejazd kolejowy przejechała nie zatrzymując się ani nie zwalniając-  według niej nie zadziałała sygnalizacja świetlna. Było blisko, bardzo blisko od tragedii. Tata jak zadzwonił do mnie, już z DM, to mówił, że „uciekła” metr przed pociągiem… Widział, bo stał na chodniku przy ulicy. Tuśka  przez 15 minut dochodziła do siebie w aucie, by móc dalej jechać.  Nie wiem, dlaczego Tata nie zadzwonił do nas od razu, a Tuśka zadzwoniła do OM dopiero z oddalonego o 35 km miasteczka, podczas tankowania. Wtedy jeszcze nie dotarła do mnie groza tej sytuacji, gdyż OM półsłówkami coś tam do mnie bąknął, nie chcąc się rozgadywać przy Pańciu. Inaczej zawróciłabym ją do domu i sama odwiozłabym (albo zrobiłby to OM, którego w sumie zamurowało i trwał w stuporze jakiś czas, po skończeniu rozmowy) Tatę do DM. Rozmawiając z nią przez telefon (gdy była już/jeszcze w DM), dotarło do mnie, jak mocno to przeżyła. A czekał ją jeszcze powrót do domu. Na szczęście bezpieczny, co okupiłam nerwowym oczekiwaniem.

I tak o to Rodzinka dostarcza mi wrażeń, coby przypadkiem monotonnie, melancholijnie  tej jesieni nie było…No to mi skacze adrenalina co jakiś czas: najpierw Mam, potem Tata, teraz Tuśka…Kto kolejny?- tfu, tfu pluję, pukam i nawet jestem w stanie odprawić jakieś egzorcyzmy…

Także tak…Sobotnie późne popołudnie i wieczór minęły  na pogaduchach o wszystkim i o niczym (zero polityki) przeplatane serdecznym śmiechem i radością ze wspólnego obcowania. Wypite dwie lampki czerwonego wina i przepyszny domowej roboty sernik (dostałam na wynos) tylko podsycały  dobry humor. A wyniesione (za zgodą :)) 12 sztuk książek, przypieczętowały i tak bez tego już bardzo udany wieczór.  A nie chciałaś jechać- to OM przypomniał mi, widząc nieschodzącego „banana” z mojego oblicza w czasie drogi do domu. No nie chciałam, bo nie miałam siły w tę i nazad, kolejny raz, a nie miałam ochoty obudzić się w niedzielny poranek w nie swoim łóżku oddalonym o 120 km od domu( nawet jeśli byłoby to dobrze znane łóżko a za ścianą własna Mam;))- potrzebuję luźnego  weekendu, który zakończy normalny (spokojny) tydzień, by dojść do siebie. Z drugiej strony jak nie teraz to kiedy? Kiedyś, może nie nadejść…ech…

Reklamy