Ktoś tam na górze rozdaje karty…

Gdy OM jakiś czas temu powiedział, że do UM możemy pojechać min. S3, to usłyszał: zgłupiałeś?; na okrętkę chcesz jechać…? bezsensu…!

Gdy w końcu telefoniczne wtorkowe dobijanie się do mnie Taty odniosło skutek- było już po 21. W dziesięć minut byłam gotowa do drogi, a do centrum DM dojechałam w 1,5 godziny, przynajmniej kilka razy tracąc prawo jazdy, gdyby  na drodze stał jakiś patrol policji. Wiem, nie ma się czym chwalić, ale nie miałam głowy do przestrzegania przepisów ruchu drogowego, przejeżdżając przez niektóre tereny zabudowane, wyludnione o tej porze, przy siąpiącym deszczu, który okazał się sprzymierzeńcem. Tata narobił takiej paniki, że nie wiedziałam co się tak naprawdę dzieje z Mam. Temperatura powyżej 40. stopni, tracenie świadomości- tyle potrafił mi przekazać…Zła na OM- myślałam, że zabiję- bo zapomniał mi powiedzieć, że w południe rozmawiał z Miśkiem, który będąc u babci, widział, że źle się czuje, ale jeszcze nie tak najgorzej- sam czując się źle, wcześnie położył się na górę wyciszając telefon. Zła na Tatę (mój telefon miał wyłączony dźwięk, o czym nie wiedziałam), bo nie mogąc się dodzwonić na nasze komórki, mógł zadzwonić na domowy albo do Tuśki. Zła, bo mógł na pomoc (w trzeźwej ocenie sytuacji) zadzwonić po Miśka, co w sumie zrobił OM  w  momencie mojego wyjazdu do DM. Zanim dojechałam: był lekarz, który rozłożył ręce i zostawił skierowanie do szpitala, a następnie była wezwana karetka przez Tatę. Przez całą drogę kontaktowałam się już z Miśkiem, więc wiedziałam, że mam jechać prosto na izbę przyjęć.  Dotarłam z prędkością światła…Diagnoza: zapalenie płuc. Co zresztą podejrzewałam, bo Mam niedawno przeszła zapalenie oskrzeli i za szybko zaczęła funkcjonować normalnie, no i oczywiście nie poszła na wizytę kontrolną.

W mieszkaniu znalazłam się grubo po północy…Wiedząc, że Mam już jest na sali, otoczona lekarską opieką, w szpitalu…w którym ponad 20 lat temu urodziłam Tuśkę,  i w którym czas się zatrzymał, co szczegółowo zobaczyłam już w świetle dziennym, gdy z rzeczami Mamowymi dotarłam rano z wizytą- podwójną. PRL-ski skansen. Obskurny dramat. Jedyny plus to lokalizacja. No i mam nadzieję, że zdolny personel, choć wiem, że najlepsi fachowcy od płuc pracują w szpitalu na rogatkach DM. Niestety, Mam nawet słyszeć nie chce, że mogłaby tam przebywać. Nogami i rękoma by się zaparła, jakby co.

Wracając do domu, jechałam już przepisowo, podziwiając, jak jesień przepięknie ubarwiła rzeczywistość…

Nasz wyjazd przez jakiś czas był nieaktualny, ale Tuśka mnie przekonała, że przecież jest komu się zaopiekować Babcią, podczas naszej nieobecności. Zresztą będziemy niewiele więcej niż 150 km od DM, więc w każdej chwili możemy dojechać. I jedziemy S3- na okrętkę- by dziś jeszcze zajechać do szpitala. I wracać też tak będziemy. Także tak…

Nie wiem, czy dobrze wypocznę, czy będzie miło i spokojnie- choć mam taką nadzieję, że w jakiejś części tak. Myślami, w każdym bądź  razie, będę przy Mam. I na telefonie. Z głośnym dzwonkiem.

Reklamy