Nocna rozmowa w celu pogonienia potwora…

Bardziej adekwatne byłyby zmory, ale wtedy  by się nie zrymowało 😉

Od jakiegoś czasu ktoś, i to niekoniecznie w liczbie pojedynczej, przyprawia mnie o bezsenność, dostarczając pokłady stresu nie do udźwignięcia. O przyczynie i sprawcy/sprawcach może napiszę a może nie, choć pewnie w jakiś sposób poruszę temat- najpierw muszą opaść emocje. Żeby opadły, muszą mieć swoje ujście…

Późnym wieczorem dzwonię do PT – nie tylko Przyjaciółki, ale i terapeutki- mając pewność, że już nabrała oddechu po ostatnim pacjencie i może pogadać. Byłyśmy już po jednej rozmowie w sprawie, i miałam prykaz dzwonienia jak tylko poczuję potrzebę. Bo człowiek wygadać się musi inaczej się udusi. A mnie wystarczył już ropny katar, temperatura, uczulenie po lekach od gardła i ogólnie złe samopoczucie- duszenia nie uwzględniałam. Ale do brzegu, jak to niektórzy mówią…

Dzwonię, włącza się sekretarka. Sprawdzam godzinę i pierwsza moja myśl, że może jest w kinie lub na jakimś spektaklu, tudzież czymś podobnym, albo co bardziej prawdopodobne, wraca do domu z rozładowaną komórką. Napisałam SMS-a, że jak ma czas na gadulca, to niech zadzwoni.  Trochę coś oglądałam, trochę czytałam, ale odzewu nie było- komórka wciąż wyłączona, bo ze dwa razy sprawdziłam, znając PT, że ma zdolności do niewidzenia SMS-ów, w czym skutecznie pomaga jej aparat. Około 23.30 stwierdziłam, że pewnie nawet nie wie, że ma wyłączony telefon, i pogodziłam się z tym, że nie spuszczę z siebie krwi, próbowałam skupić się na lekturze. Sen był tylko w sferze marzeń, OM miał nocny wyjazd, więc nic innego mi nie pozostało, jak zająć czymś myśli. O godzinie 00.32 dzwoni telefon. PT. Właśnie odebrała SMS-a. Jej zwariowany telefon pokazał godzinę wysłania, minutę wcześniej. Okej, i tak przecież nie śpię, ale czemu Ona nie śpi???

A bo, to wszystko z tego, że się puściłam- słyszę, jednocześnie nie wierząc, co słyszę. Moje myśli pobiegły w jednym kierunku…Jest noc, wyłączony telefon, PT od kilku lat rozwódka…Ewidentnie mnie zatkało. Zanim się odezwałam z jakimkolwiek pytaniem, słyszę:

Na basenie– i zanim moja wyobraźnia oszalała na dobre, kontynuuje- No puściłam się i kawałek popłynęłam sama…

Dla osoby, która przez całe  swoje życie wchodziła co najwyżej po kolana do jakichkolwiek akwenów, i która  za moją przyczyną, kilka lat temu  odważyła się wejść głębiej w mętne wody Bałtyku i od tego czasu pobiera lekcje pływania na basenie- przepłynięcie choćby małego dystansu bez deski czy innego koła ratunkowego, to wyczyn nie lada! Emocje sięgają zenitu…Szczególnie gdy trwało to i trwało…Pokonała swój strach, po raz kolejny! A ja jako ta inicjatorka sukcesu, czułam się dumna, wyrażając uznanie i radość.

No, a potem zajęłyśmy się moją zmorą i przegadałyśmy półtorej godziny, uznając, że czas w końcu na sen. Przyszedł.

 

Reklamy