Już na nizinie…

Wypoczynkiem można też się zmęczyć. Fizycznie. Tym razem, razem z OM daliśmy sobie nieźle popalić, a konkretnie naszym dolnym kończynom. OM miał zakwasy a ja narzekałam na zawiasy;); oboje, gdy już gdziekolwiek zalegliśmy, to stękaliśmy za każdym razem przy wstawaniu. Taki urok. Także, żeby ulżyć sobie w niedoli, zaprzyjaźniliśmy się z panem Władkiem, co to miał busik i za uzgodnioną z góry cenę woził nas na  górę. Na telefon. Ale żeby nie było: górski szczyt został zdobyty 🙂 Busikiem pokonywaliśmy różnicę poziomów (w miasteczku) 😉

kar

kar1

kar2

kar3

W dole pogoda sprzyjała, słoneczko świeciło codziennie, na górze już  bywało różnie- przeważnie szczyty w chmurach…

Podziębiłam się, co ujawniło się dopiero po powrocie. Górskie powietrze było bardziej sprzyjające 😉 Na szczęście nie mam podwyższonej temperatury, więc trochę ospale, ale jakoś funkcjonuję: na wpół rozpakowana ( co zaliczam jako sukces ), bez wzmożonego ogarniania ( robota nie zając), bez gotowania ( smażenie 4 naleśników się nie liczy).