Ona zawsze przychodzi nie w porę…

Śmierć.

Zawsze za wcześnie, przez zaskoczenie, nawet, wtedy gdy jej oczekujemy. Bo tak naprawdę, nigdy do końca nie jesteśmy na nią przygotowani.

Od kilku lat walczyła. Z chorobą, z nałogiem, z samą sobą, ale też i z bliskimi, którzy nie godzili się na rzeczywistość, w jakiej żyła. Poddała się chorobie i własnym uzależnieniom. Silna osobowość, słaby człowiek. Niby paradoks, a jednak. Stało się to, co było nieuniknione: śmiertelna choroba zwyciężyła. Ostateczność przyśpieszona konsekwencjami życia.

Telefon w słoneczny, leniwy poranek. Zaskoczenie, bo jeszcze kilka dni temu normalna pogawędka przez telefon. Niepogodzenie się, mimo wiedzy o Jej stanie zdrowia. Smutek i  współczucie dla rodziny. Odeszła ich matka i babcia. Odeszła sąsiadka, przyjaciółka, znajoma. Kolejna osoba z bliskiego otoczenia.

A życie toczy się dalej…

Ten sam dzień, tak samo słoneczny w późne popołudnie…Syn znajomego (młody człowiek) powoduje śmiertelny wypadek. Zdarzenie, w którym ginie inny młody człowiek. Wystarczyłyby sekundy, żeby nie doszło do tragicznego wydarzenia.

Przypadek? Przeznaczenie?

Śmierć. Tragedia. Niespodziewane odejście, na które nikt nie był przygotowany.

Nigdy nie uwolnimy się od myśli, że śmierć przychodzi nie w porę, że zawsze nas zaskoczy, niezależnie od konkretnego przypadku, abstrahując od czasu i sposobu umierania. Bardzo często nie potrafimy zrozumieć sensu czyjeś śmierci. Zadajemy pytania, na które nie ma odpowiedzi.

A życie toczy się dalej…