Niespełnion(a)e obietnic(a)e…

Zanim rozpoczęłam leczenie, obiecałam sobie (jak wytrawny polityk na wiecu wyborczym), że tym razem nie poddam się stagnacji, mimo że wiedziałam, iż nie mam żadnego wpływu na reakcję organizmu. A on, zazwyczaj sponiewierany przez kolejne wlewy,  musi mieć czas na regenerację. Jednak gdy już powstanę jak ten Feniks z popiołów, to nic (czyli moje ciało) nie powstrzyma mnie od rzucenia się w wir życia. Normalnego. Bo szkoda czasu. Owszem, doświadczona poprzednimi razami, wiedziałam, że łatwo nie będzie, gdyż mój organizm niezbyt dobrze znosi leczenie. Jednak pomyślałam sobie, że każdy dzień w pionie wycisnę jak cytrynę. Nie pozwolę, by skorupiak zdominował ten czas, ograniczając mnie w czymkolwiek. Nie przewidziałam jednego, do głowy mi nie przyszło, że leki oprócz ciała, sponiewierają również moją psyche.  Nie wiem, czy jest z nią bardzo źle, czy tylko źle (moja Przyjaciółka psychoterapeutka twierdzi, że jestem bohaterką), ale na pewno wiem, że nie jest tak, jak powinno być. Jak do tej pory  było pomiędzy i podczas: diagnoz, operacji, leczenia, rokowań…Nie potrafię, i wkurza mnie to ogromnie, poradzić sobie (pogodzić się) z często ogarniającym mnie smutkiem, ale przede wszystkim ze świadomością uciekającego, bezproduktywnego czasu, z własne,j a nie skorupiaka winy. Z niemożnością, choćby kiwnięcia palcem. Z tym, że z mojej obietnicy wyszły tylko słowa, a minęły już cztery miesiące. Żyję na pół, a właściwie na ćwierć gwizdka. Od do.

Nasze dni są po­liczo­ne – przez statystyków. (Lec) Statystycznie rzec biorąc, mój skorupiak i ja mieścimy się w 5% zachorowań. Z tego ja w 5% przeżywających dłużej niż 5 lat. Mimo iż łykam i dostaję w żyłę depresanty, to mam zamiar pobić rekord. Choćby tylko własny 😉 Najchętniej czynnie, a niebezczynnie. Nad tym pracuję 🙂

 

Reklamy