W dzień świąteczny…

W święto nie powinno się kłaść do szpitala. Powinno się siedzieć z rodziną przy stole i świętować. W święto nie dyżurują pielęgniarki, które  potrafią wkuć się w port, by pacjent (ja) mógł  dostać w żyłę to, co miał  na dziś zaplanowane. Czekam więc na anestezjologa, w nim jedyna deska ratunku. Współlokatorki śpią lub drzemią, wymęczone  przez te, które  nawet nie próbowały mi wbić igłę, za to na nich się „uczyły”. Rekordzistka miała siedem prób, drugie miejsce zajęła ta, co miała ich pięć, a pozostałe  miały ich co najmniej trzy. Ot, taka rzeczywistość szpitalno- świąteczna…Zajadam więc kutię,  przyniesioną przez Przyjaciółkę, i próbuję się zrelaksować. Nie ma co się denerwować na coś, na co nie ma się żadnego wpływu. Tylko, jeśli będę musiała czekać z podłączeniem do jutra, aż na oddziale nastanie normalny dzień roboczy, to jednak się wkurzę. Bo ten wieczór mogłam spędzić z OM i dziećmi albo nawet w DM z rodzicami, a nawet w trzeciej wersji- w domu Przyjaciółki. OM nie dostałby mandatu i punktów za zrobiony skrót (kiepskie oznakowanie), i nie zostałby zabrany dowód rejestracyjny za brak przeglądu w moim aucie…Więc choć już zaraz dochodzi 20. i od kilku godzin nikt z personelu się mną nie interesuje, to jednak wciąż mam nadzieję, że moje dzisiejsze „poświęcenia” nie będą na darmo…i dostanę dziś w żyłę.

Reklamy