Okiem starszej pani…

Usiadłam koło niej z nadzieją, że szybko  będę miała wizytę za sobą, a co za tym idzie, plan działania wytyczony, werbalnie i na piśmie. Niestety. Długie minuty, kwadranse, godziny mijały, a my tak siedziałyśmy koło siebie- milcząc, aż w końcu zaczęłyśmy rozmawiać.

Wie pani, to moja wina, zaniedbałam się. Najpierw  długa opieka nad chorym mężem, pod koniec życia był już jak roślina, zmarł rok temu. I jednoczesna opieka nad 90.letnią mamą. Nie miałam czasu na nic. Teraz, gdy siostra na emeryturze i odciążyła mnie w opiece, to pomyślałam, że w końcu będę miała czas dla siebie. Byłam przekonana, że pochodząc z długowiecznej rodziny nic  mi nie grozi w tym wieku. A tu diagnoza:rak. W oczach starszej pani zobaczyłam łzy, które ukradkiem zaczęła wycierać. Dotknęłam jej ramienia i spokojnym głosem powiedziałam: rak, to nie od razu wyrok. Proszę spojrzeć na mnie…i w ogromnym skrócie opowiedziałam jej  moją historię… Uśmiechnęła się. Zmieniłyśmy temat…Ale po chwili słyszę: no, ale jak, to pani ma już wnuka??? A ja myślałam, że pani mąż wziął sobie taką młodą żonę. I odmłodziła mnie o 15 lat. Śmiałam się, że zamiast liftingów, operacji plastycznych twarzy,  NFZ sfinansował mi dwie chemie i jedną radioterapię 😉

Niestety, to był jedyny miły moment tego dnia…