Nie martw się!-

– jak to łatwo powiedzieć. Innym. Banalne słowa, które  nie przekonują tych, co samoudręczanie mają we krwi. Zamartwianie się na zapas  jest ich alergią na  niepewność tego, co ich czeka. Bujna wyobraźnia snuje katastroficzne wizje, tworzy coraz to nowe, często mało realne nieszczęścia. I  tak bez końca. Mocno zakorzeniony lęk, podparty perfekcjonizmem i chęcią kontrolowania wszystkiego i wszystkich- to  gotowość do samoudręczania się. Nieustającego. Każda duperela urasta do monstrualnego problemu.

Młode małżeństwo postanowiło spędzić urlop, podróżując po Europie własnym samochodem.. Jedna z mam była zachwycona pomysłem, druga za wszelką cenę chciała ich od tego odwieść, uważając, że na pewno ulegną wypadkowi itp…Snuła czarne wizje, wierząc, że się spełnią.  Zamartwiała się, zanim wyruszyli w drogę. Marudziła i zatruwała pozostałym życie. Tak, tak, ci co wiecznie się zamartwiają, marudzą, narzekają- zamęczają swoich bliskich.  I po co? Szkoda tej energii, którą można byłoby spożytkować choćby na rozwiązywanie realnych problemów.

Oczywiście, że martwienie się bywa czynem nieuniknionym. Gdy ma się faktyczny problem. Ale wtedy niepewność, jaka temu towarzyszy może być mobilizująca- do szukania skutecznej drogi wyjścia.

Tak więc nie martw się, jak nie musisz!

-jak to łatwo powiedzieć 😉