(Nie)zależność…

Do tej pory  postrzegałam ją jako piękną, silną, w sumie niezależną kobietę. Dziś widzę zależność. I nie wiem, skąd się wzięła. Czy przyszła wraz ze zbędnymi kilogramami- ważonymi w dziesiątkach- i mniejszym dopływem  własnej gotówki- bardzo znaczącym- czy też z innego powodu, tego nie wiem. Wiem, co widzę, a widzę uległość, podległość, drobinki bojaźliwości. Mieszankę, skład zależności. Pan i Władca to od niego wszystko zależy. Byt połączony. Odrębnego jakby nie było, w każdym  razie jest niewidoczny… Być może źle patrzę, a raczej odbieram to, co widzę, ale zwyczajnie  nie podoba mi się to, i przede wszystkim smuci. Pojawiła się we mnie tęsknota za kobietą, jaką była kiedyś.

I ten brak szczerości. Odczuwalny nawet wobec siebie. Dziwi, boli…

W związku, bycie silną i niezależną- wbrew pozorom- jest jak najbardziej możliwe. Mimo wszelkich związkowych zależności.  Oczywiście zależy to również od tego, jakiego mamy partnera. I nie chodzi tu o niezależność kojarzoną ze sferą fizyczną i materialną. One ewentualnie mają wpływ na utratę lub wzmocnienie osobistej niezależności. A  niezależność, o której piszę, to swoboda i pewność w wyrażaniu siebie, swoich myśli, poglądów, decyzji w każdej minucie dnia. Bez strachu, obawy, uległości. Bo to nie jest kompromis- który warto, a nawet trzeba wypracować, by związek dobrze funkcjonował- tylko zniewolenie.

Dla określonych osobowości zależność może być nawet wygodna. Pod warunkiem, że partner jest uczciwy, nie manipuluje, nie szantażuje emocjami…Tyle że moim zdaniem, ona zawsze się mści…prędzej czy później. Różnymi środkami, z różnym skutkiem, ale jednak…Bo człowiek  jest odrębnym bytem. Dziewczyna, kobieta, przyjaciółka, żona- również!