Na rozgrzewkę…

Najchętniej zakopałabym się – pewnie jak większość- przed rzeczywistymi okolicznościami przyrody,  w bezpiecznie  ciepłych i swojskich pieleszach, aż do momentu, gdy wiosna znowu powróci. Bo przecież była! Ale się nie da!, choć staram się, więc prawie mnie nie ma. Zaległości się piętrzą, walcząc ze mną o pierwszeństwo, ale i tak wszystko przegrywa, gdy na scenie pojawia się Mały Szkrab 😉 Dziś w ramach resocjalizacji wstałam o przyzwoitej porze i zawodowo popracowałam. Tak na rozgrzewkę. Na rozgrzewkę bulgocze w garnku pomidorówka. Bo to znowu czas na gorące zupy o każdej porze dnia. Oregano, lubczyk, zielona pietruszka oraz szczypta bazylii przełamie krwistą czerwień i wspomoże smak.  Na tle okna, za którym białe szaleństwo przykryło zieleń, stoją  w wazonie czerwone róże… od piątku… Piękny widok…dopóki nie muszę wychodzić  na zewnątrz. A muszę. Muszę i na krótko, i na dłużej. I wyjechać muszę do DM. Trzeba w końcu  prawdzie stawić czoła 😉

A na razie, by dodać kolorytu życiu,  kupuję kolorowe czasopisma, by sobie pooglądać. Filmy, na które nie zdążyłam pójść do kina.  Stwierdzam,  kolejny raz, że własne łóżko i indywidualny seans jest atrakcyjniejszy, niż sala kinowa 😉  A na pewno wygodniejszy!

Na rozgrzewkę również jest ten dzisiejszy post. Bynajmniej nie przed maratonem 😉 Nawet nie przed regularnym treningiem…Jakoś zasmakowałam się w tym, że jest mnie mniej. Prawie wszędzie. Ale myślę.

Byle do wiosny!