Remoncik, czyli gotowa na zmiany…

Kiedyś każdy w końcu dojrzeje do zmian. Nawet ten, co za nimi nie przepada, czyli ja. Zamysł za mną chodził już jakiś czas. Ba!, nawet lata całe…Ale nabyta niechęć do fachowców, a raczej pech, który się przyczepił jak ten rzep i zawsze daje o sobie znać -gdy tylko wynajmę „zawodowca”, by zmienił, ulepszył, upiększył moje otoczenie- skutecznie mnie  odstrasza od wprowadzania zmian. Ale czasami muszę.

Tym razem z własnej woli -za pośrednictwem – zaprosiłam fachowców do siebie. Ba!, nawet oferując im nocleg, wikt i opierunek. No, z tym opierunkiem to przesadziłam, ale nocleg i wikt to już jak najbardziej. Coby wpadli, nabałaganili, ale zrobili, co trzeba i w międzyczasie nie znikli jak kamfora, zostawiając mnie z rozgrzebaną robotą. Złe doświadczenia potrzebują dobrych zabezpieczeń 😉

A jak będzie, to się dopiero okaże. Bo zbyt dobrze znam szefa tych panów. Nie jedną bitwę  z nim stoczyłam na temat: najpierw budowy, a potem modernizacji mego domu. Więc czeka mnie trudny weekend 😉 Ale potem – mam nadzieję- będzie lepiej!

Bo wiecie, jak to jest? Już oczami wyobraźni widzę to nowe i się podniecam, gdy wzrok ponownie otula to, co jest, i żal chwyta za serce. Przyzwyczajenie to jednak druga skóra człowieka!