Słoneczniki…

Znalazłam się na kozetce. Z własnej woli, w pewnym celu. Nie wiem, co zadziałało, ale popłynęłam. Tak, że  jak wyszłam, to nawet nie pamiętałam wszystkiego. Potok słów. Oczyszczenie, ale nie do końca. Nie wiem w jakim stopniu to było odpowiedzią na wspólną grę, ale dostałam receptę na słońce. Wiedziałam, że wykupię i… nie zastosuję…Tyle że pamiętając o ostatniej bezsennej nocy w DM, gdzie każdy odgłos ulicy i telewizora u sąsiadki-która nie dość, że nocami nieśpiąca  to jeszcze przygłucha- skutecznie mnie w  tej bezsenności przytrzymywał; po prostu na powtórkę nie miałam ochoty.  A słoneczniki były w zasięgu  oczu i ręki. Lubię słoneczniki, lubię  w naturze i jako motyw.

Wzięłam. Niewielki kawałek…Śniłam bez snów, całe pięć godzin. Zabrałam więc słoneczniki ze sobą do domu. Zasypiam, kolejny raz nie budząc się bladym świtem…Ale, nagle mój organizm się buntuje, nie za bardzo toleruje.  Mdli mnie na sam widok. Nie wiem, może musi się przyzwyczaić? A może powinnam wyrzucić je do kosza…i przerzucić się na tulipany 😉

Nurtuje mnie jedno zadane pytanie: To będzie je pani stosować?

No cóż:” jedynie ludzie o zdrowych zmysłach wariują.”

I jeszcze jakże trafne spostrzeżenie:”  z jednego systemu  nie wydobędziemy  się długo: ze słonecznego.”