Więcej słońca poproszę…

Jutro kolejny raz będę przemierzać szpitalne korytarze. Ściska mnie w dołku, myśli skupić nie mogę. Może stukanie w klawiaturę pozwoli mi je okiełzać. No bo czego tu się bać? W jednym szpitalu muszę odebrać wynik, w drugim przepłukać port. Klasyka. Od czterech lat.  No właśnie, im więcej lat mija od zakończenia leczenia, ja  paradoksalnie mam  wrażenie, że czas się kurczy. Ten dobry czas. No cóż, są ku temu powody, o których na co dzień nie myślę. Nie myślę nawet wtedy, gdy idę na badania, dopiero gdy trzeba przeczytać wynik: odroczenie czy wyrok? Jutro się dowiem.

„Jak ćwiczyć pamięć, by umieć zapominać?”

Patrzę w stronę okna, przez które  do pokoju wdziera się słońce. Tej zimy miałam ogromny jego deficyt. Może dlatego więcej we mnie smutku niż zwykle. I mniej skutecznie z nim walczę. Rzeczywistość też skrzeczy. I nie mam sił z nią walczyć, a poddać się przecież nie mogę.

„Śniła mi się we śnie rzeczy­wis­tość. Z jaką ulgą się obudziłem.”

Czas więc na przebudzenie!

Podobno za trzy tygodnie poczujemy wiosnę. Wierzyć, czy nie?