Podżegacze …czyli o mały włos…

Dzień miał się rozpocząć  nie jak co dzień leniwą pobudką, gdy ciało uzna już, że się wyspało, ale od dźwięku  znienawidzonego budzika. Na szczęście. Bo już w drodze do łazienki poczułam dochodzący z dołu dziwny zapach i dźwięk. Już na schodach dostałam przyspieszenia, ale i też  poczułam strach, bo w zapachu zaczęła dominować nuta ( cała partytura) spalenizny  i gazu.  Moim oczom ukazał  się koszmarny obrazek: doszczętnie spalony czajnik,  mocno nadpalony drewniany blat, a kuchenka – czarna rozpacz! To mój OM chciał zrobić sobie herbatę,  więc wstawił wodę i… zniknął…. Cholewka! to mnie nie raz zdarzyło się spalić czajnik, nawet garnek z zupą, ale nigdy nie  było takiego efektu pogorzeliska.  A przy tym- smród nieziemski!.  Ulga, że opatrzność czuwała, budzik zadzwonił, blat nie zapalił się płomieniem…

Dzień wcześniej zachciało mi się naleśnikowego makaronu do rosołu. Zamiast pod patelnią podpalić gaz, to podpaliłam pod plastikową misą z ciastem… i wyszłam na chwilę z kuchni.  Co zastałam, możecie sobie wyobrazić…Powiem tylko, że trochę czasu mi zeszło by doczyścić blat kuchenki 😉 A tylko moment mnie nie było.

Wam też się coś ostatnio przydarzyło? I czy zawsze jest tak, że „nieszczęścia” chodzą parami?