Recydywa…;)

Wyjazd do ŚM miałam już dawno zaplanowany, szczególnie że już go zdążyłam przynajmniej dwa razy przełożyć. Więc nic nie mogło mi stanąć na przeszkodzie, bo i termin gonił i moja determinacja sięgnęła szczytu;). Nawet złe samopoczucie i byle jaka pogoda. Mus to mus. Tak, ale było coś jeszcze, a mianowicie wiedza. Wiedza na temat następujący:

-po pierwsze, brak przeglądu technicznego( od kwietnia).
– po drugie, brak OC (od dwóch dni), choć wypisane, ale na ten moment znajdujące się w DM, czyli 120 km ode mnie…
Wiedzę nabyłam dzień wcześniej, gdy mieliśmy się zamienić autami z Miśkiem, który jeździł na przeterminowanym  tymczasowym dowodzie rejestracyjnym i nie mógł go w piątek wymienić, bo urzędy w naszym powiecie miały WOLNE!
Z dwojga złego lepiej było, żeby do DM wracał swoim autem.
Ryzyko, no bo wiecie AKCJA ZNICZ! No, ale jeśli w jedną stronę nie uświadczył żadnego policjanta, to w drodze powrotnej również była na to szansa.

Tyle razy jeździłam bez dokumentów, ale bez wiedzy- tę uzyskiwałam po fakcie. Inaczej jednak jest, gdy wsiada się za kierownicę, wiedząc, że tym autem nie powinno się jechać.
Pojechałam.
Przepisowo, aż do przesady. Nie ukrywam, że męczyłam się okrutnie.
Załatwiłam milion spraw i  z ulgą wracałam do domu.
Jeszcze kilka kilometrów( około 2) i już bym wjeżdżała w swoją bramę…
Kontrola dokumentów!
No i zagwozdka…
Wyjęłam prawo jazdy i…udając, że szukam dokumentów auta, ekspresowo zastanawiam się, czy je pokazać, czy lepiej nie. I nagle słyszę:
– a tym razem czego to pani nie ma przy sobie
– dowodu rejestracyjnego, ale…
– wiem, wiem, jest w domu i zaraz pani nam go dowiezie
– no właśnie- odpowiadam niepewnym głosem…
– oj znamy to, znamy, tyle razy to już przerabialiśmy z panią…
– eeeee ostatnio jakoś już dawno było- bronię swojej reputacji
– bo dawno pani nie kontrolowaliśmy, a w braku dokumentów to u pani już zakrawa na recydywę
– to jak, mogę dowieźć?- pytam się głupio, bo przecież i tak zaliczę wtopę.
I słyszę:
– zrobimy akcję trzeźwość, dmuchnie  pani i zmyka…
I tak po raz pierwszy w życiu dmuchałam w alkomat 😉
Podziękowałam wylewnie, czym wprawiłam w zdumienie i odjechałam…
Dobrze być znaną recydywistką ;).
Reklamy

Trotylowy odpał…

Do statystyk to ja mam raczej ambiwalentny stosunek. Z jednej strony uważam, że ukazują nam  rzeczywistość, a z drugiej strony  nieźle potrafią ją  zniekształcić. Statystycznie rzecz biorąc oczywiście ;).  Statystyki mogą  człowieka podbudować, dać nadzieję, ale również przygnębić, jak i przerazić.

Trzydzieści sześć procent  społeczeństwa (badanego) nie myśli racjonalnie, uczestnicząc w  teorii spiskowej i  wierząc w  zamach. Czy  to nie jest przerażające?- bo dla mnie jest.  Wprawdzie każdy może wierzyć w to, co chce, ale przygnębiające jest to, że tak łatwo można snuć teorie  nie do obalenia, udowadniając  coś bez dowodów. Wystarczy jeden artykuł, a premier naszego kraju jest  publicznie (między wierszami) oskarżony o popełnienie  niesłychanej zbrodni…Szok. Abstrahując od sympatii politycznych, czy one są, czy nie, to zwykłemu obywatelowi (czytelnikowi) Rzeczpospolitej  po takim wystąpieniu powinny stanąć włosy na głowie – z oburzenia ?; z niedowierzania?; że coś takiego jest możliwe. Bez konsekwencji.  Bo ten, co oskarża, coś wie, ale nie powie, coś ma, ale nie pokaże, wszystko owiane jest dobrze strzeżoną tajemnicą. To na jej podstawie żąda dymisji rządu… Ma swoją prawdę, niepodlegającą żadnej weryfikacji. Koniec. Kropka.  A  36% procent  obywateli w to wierzy.

I to mnie przeraża, serio!  Chcę wierzyć ( wszak mogę), że w tym przypadku wystąpił  błąd statystyczny rzędu 99,9% …