O rybce,ale nie złotej ;)

W środku nocy (chyba, bo nie sprawdzałam która godzina) obudził mnie szalejący wiatr. Okno nad samą głową  miałam rozszczelnione- bo Osobisty Małżonek czując się od kilku dni niedogrzanym w wyniku zapalenia oskrzeli, nahajcował w piecu- więc odgłosy były bardziej wyraziste. 

No i klops, jak się obudziłam, tak zasnąć z powrotem nie mogłam.
Myśli się same myślały, torem, który w dzień łatwo ominąć, bo nawał mniejszych lub większych zadań do wykonania myśli zaprząta.
Więc w dzień nie myślę, że coś mnie tam kuje,a do tej pory nie kuło…
Że, żołądek (?) boli już codziennie, ale na razie no-spa pomaga.
Nie myślę,  albo udaję, że nie myślę o mamie Przyjaciela, która zachorowała na raka.
Skutecznie odganiam wszelkie niepokoje…
W nocy jednak mnie dopadły i dręczyły.  Najbardziej i najdłużej te o dzieciaki…
Aż zasnęłam.
 Rano obudził mnie telefon z informacją, że jacyś dwaj panowie przynieśli mi sandacza i czy nie zejdę na dół- telefon od pracownicy.
Podobno zamawiałam.
Wyrwana ze snu  nijak przypomnieć sobie nie mogłam i  zaprzeczyłam, ale sandacza kocham miłością kulinarną  i już się zaczęłam wahać by powiedzieć, że owszem wezmę, gdy uzmysłowiłam sobie, że w  zamrażarce mam 4kg karpia i 2 kg dorsza…i ani ciut wolnego miejsca. 
No i gdyby to były filety, a nie żywe…
Jednak ten sandacz  mi z głowy wyjść nie może. 
Bo tak zapomnieć?   Musiałam kiedyś z nimi rozmawiać, bo po pierwsze chodziło o sandacza, a po drugie chcieli szefową.
I zła jestem na siebie, że się nie zwlokłam z łóżka, a na nich, że przyszli nie w porę, i na ten hulający wiatr co to po nocy nie pozwolił spać.
No i być może okazja na dostawę świeżej ryby już się nie powtórzy, bo za grosz nie mogę sobie przypomnieć…u kogo zamawiałam.
I czy zamawiałam, choć poszlaki świadczą, że  raczej tak 😉