Małe i duże…

Wczoraj spokojna  poszłam  spać, że dziś obudzę się w kraju, w którym zwyciężył rozsądek.  Miło być razem z większością, mieć poczucie, że Miśkowy przyjazd nie poszedł na marne 😉 Ale to nie znaczy, że nie mam obaw czy lęków. Mam! Chyba jak każdy z nas, niezależnie od poglądów.

Bo przecież od sytuacji  jaką mamy w kraju,  w dużym stopniu zależy  nasza egzystencja.
Do tego dochodzą lęki zupełnie prywatne.
Z tych najważniejszych, to te dotyczące bliskich:
– że mogą zachorować.
– że może stać się im coś niedobrego.
Łapię się na tym, że wszędzie widzę jakąś katastrofę. I zła jestem na siebie za to wewnętrzne  widzenie.
Wobec własnej osoby też mam lęki, ale te po mistrzowsku odganiam  od siebie. W końcu mam praktykę.
Ale boję się badań ( jutro kolejne przede mną), choć stawiam im czoło. Boję się ich wyników.
 Własnej bezsilności, wyłączenia z życia na czas ewentualnej kolejnej walki. 
 Cierpienia i tego fizycznego, i  tego psychicznego…
 
Mniejsze lęki też mam, zwyczajnie  bojąc się:
– wszelkich kataklizmów.
– złości, agresji, bandytyzmu.
-głupoty ludzkie.j
– braku pieniędzy.
I tego, że nie zdążę( nacieszyć się),poznać, przekazać, nauczyć – kolejne pokolenie w naszej rodzinie.
 
Nie odkryję wszystkich smaków i zapachów.
 
I boję się srogiej zimy. Nie lubię, a lęki z nią związane to dół, w który wpadam już tak w okolicach listopada.
 
 
A tak na koniec, to  boję się wszelkich robali!
 

Pewnie więcej tych lęków bym tu zebrała, ale ja nie cierpię się bać !

 
A Wy czego się boicie?