Jak to w rodzinie…

Nie przepadały za sobą. Jak to bywa między synową a teściową. Jednak przez ponad 20 lat mieszkania pod wspólnym dachem, mimo spięć, różnicy poglądów na wiele tematów, ich relacje można zaliczyć do poprawnych. Owszem, były awantury, podniesione  głosy – jak to w rodzinie, gdzie dwa pokolenia ścierają się ze sobą. Synowa chciała po swojemu: czysto, schludnie, nowocześnie. Teściowa starej daty, schorowana niekoniecznie dbała o porządek, więc nieraz młoda gospodyni przepłakała, że jej praca poszła na marne. Ot, zwyczajne niesnaski, może trochę bardziej impulsywne. Synowa, która miała trudne, nieciekawe dzieciństwo starała się, by w jej domu było inaczej. Dbała o dzieci, męża,  inwestowała w dom- remontując i unowocześniając. Teściowej było to obojętne, nie przywiązywała do tego wagi, często jeszcze nie szczędząc złośliwych uwag typu: marnowanie pieniędzy. Synowa jako  prostolinijna osoba często to, co pomyślała, to na głos powiedziała. Bywało, że zbyt nerwowo. 

Nie pałały do siebie miłością, ale też nie nienawiścią.  Synowa miała nawet szacunek do teściowej, jako osoby starszej i przewlekle chorej. Zawsze pomagała i uczyła tego swoje dzieci. Tyle że robiła swoje i podporządkować się nie chciała. Teściowa, nie była łatwym człowiekiem. Nie wiem w jakim stopniu przyczyną była choroba, a w jakim złośliwy charakter, że nie potrafiła uszanować pracę synowej, nie mówiąc już, by ją docenić. Synowa zaś była nerwowa, wybuchowa, ale nigdy złośliwa, zawzięta i pamiętliwa. Owszem, po różnych spięciach skarżyła się, ale po to, by się wygadać i ulżyć sobie.
 
 Ostatnie miesiące, kiedy już teściowa nie mogła chodzić, to synowa wspólnie z teściem wszystko przy niej robiła. Być może teściowa, czując, że już odchodzi złagodniała i nawet czule do niej mówiła. A dla niej( synowej) to było normalne, że trzeba pomóc, być w tych ostatnich miesiącach, tygodniach, dniach…godzinach…Bo kto miał być, jak nie rodzina?
 
Kilka dni po pogrzebie, podczas przypadkowego spotkania  słyszę u niej  gorycz w głosie…
Osoba, z którą była dość blisko-  myślałam, że traktuje ją jak własną córkę –  obgadała ją, że całe życie robiła awantury teściowej, a  na sam koniec nagle się jej odmieniło i skakała przy umierającej.
Dla mnie to normalne, że trzeba pomóc, ulżyć, być. A awantury- no jak to w rodzinie, przeszły jak burza, po której wychodzi słońce. Paradoksalnie oczyszczały  atmosferę…Ale przecież przeżyłyśmy pod jednym dachem tyle lat,  nie potrafiłabym inaczej– usłyszałam.
 
Ja jestem pełna podziwu i szacunku dla  Niej- synowej. 
A tamta osoba, która powinna dobrze ją znać…osądziła i potraktowała jak osobę wielce obłudną i fałszywą.
Owszem, pomoc nie była z miłości…ale z szacunku, obowiązku, odpowiedzialności za RODZINĘ! NATURALNA RZECZ. Dla wielu niepojęta.
Dla wielu niemożliwa. Z różnych względów. Pomijam psychikę i odporność na czyjeś cierpienie, odchodzenie…Na uciążliwe codzienne czynności przy schorowanej osobie. Nawet z miłości nie każdy by potrafił.
Ale jak można czynić zarzut z tego, że ktoś stanął na wysokości zadania?
 
Te ostatnie miesiące musiały być bardzo trudne, a ani razu  się nie skarżyła. Praca zawodowa, dom, ogród, rodzina i  sparaliżowana teściowa, której  życie powoli się kończyło. 
I nie robiła tego dla poklasku. Zwyczajnie z ludzkiej przyzwoitości…
 
Jednak ludzkim językom tej przyzwoitości zabrakło!
 

 

 

Reklamy