Czas…

 W zależności  w jakim jesteśmy momencie,  o czasie zawsze można powiedzieć: pędzi jak na złamanie karku lub dłuży się jak flaki z olejem. Narzekanie na jego brak mamy jako bonus życiowy, choć życie to nic innego, jak strata czasu. 

Trzy lata…
Długi to czy krótki czas?
Gdy na coś czekamy, wydaje się baaaardzo długi…
Gdy mija i oglądamy się w tył, to jak jedna chwila…Mijają godziny, dni, tygodnie…i już kolejna rocznicowa data.
Raz upływ czasu jest sprzymierzeńcem, bo pozwala dobić do wyznaczonego celu, ale przeważnie jest naszym wrogiem, jedynym, jaki  naprawdę  mamy. Bo czasu nie da się cofnąć ani kupić…on zawsze mija. I nigdy nie można mieć pewności, że ma się czas, bo pewność niepewna.
Szczególnie w chorobie.
Nie świętuję…poczekam do lutowej rocznicy, wtedy te trzy lata nabiorą innego znaczenia.
Pamiętam jednak ten dzień sprzed trzech lat.
I pytanie w głowie: ile czasu pozostało…?
W końcu czas jest ludożercą…
Więc powtórzę za Philem Bosmansem: 
 
Wykorzystaj ten dzień dzisiejszy. Obiema rękoma obejmij go. Przyjmij ochoczo, co niesie za sobą: światło, powietrze i życie, jego uśmiech, płacz, i cały cud tego dnia. Wyjdź mu naprzeciw.
 
Wykorzystuję i wychodzę!