Jadę ulżyć swej tęsknocie ;)

Stęskniłam się…właściwie to tęsknić zaczynam w momencie, gdy wsiadam do samochodu, by wyruszyć do domu. 

Mogłabym właściwie tam mieszkać…
W jakieś małej wiosce rybackiej  w domu przy plaży…
Codziennie czuć piasek pod stopami, słyszeć szum fal i trzepot mew…
Wpatrywać się w horyzont, gdzie niebo łączy się z morzem…
 
Góry uwielbiam za widoki…takie zapychające dech w piersiach. Czasem dosłownie, bo trzeba gdzieś się wysoko wdrapać, by je podziwiać. Wszak z góry zawsze lepiej widać 😉
 
Ale to nad morzem najlepiej odpoczywam. Naszym, zimnym z chimeryczną pogodą. Zza granicy,  gdzie wody mórz lub oceanów cieplutkie, gdzie może raz kiedyś  słoneczko schowa się na 5 minut za niewielką chmurką,  ja już po kilku dniach chcę wracać do domu…Mam dość…Znad Bałtyku zawsze jest  mi żal…
 
Jadę więc by ulżyć mej tęsknocie 😉
Za wodą w morzu nieokreślonego koloru, która nie może przekroczyć zaporowych 20 stopni…
Za piaskiem gorącym, białym, częściej jednak  mokrym…
Za sosnami na wydmach…zupełnie inaczej szumią i pachną niż te w pobliskim lesie…
Za wiatrem, który tam dużo łatwiej znieść nawet wtedy, gdy chce głowę urwać…
Za świeżą rybką…smażoną i wędzoną…
Za nieprzewidywalną pogodą każdego dnia 😉
 
Tylko kilka dni, ale się cieszę. Ostatni raz byłam w maju – jeden dzień to się nie liczy 😉