Wzburzona…

W letnie dni mało co oglądam telewizję, ale, tak czy siak, jakieś informacje do mnie dochodzą. Lato sprzyja, by więcej  czasu spędzać  na świeżym powietrzu, poza murami  własnego domostwa.  Ale, że aura lipcowa jak do tej pory jest mocno burzowa, więc i mnie się udzieliło…wzburzyłam się nieco. Niestety nie z powodu pogody, a wieści płynących ze szklanego ekranu. A mianowicie moje (o)burzenie spowodował fakt, że politycy „chcą” pomagać Polakom, którzy zaciągnęli kredyty w obcej walucie. Na plecach galopującego  w górę Franka, chcą sami coś ugrać, wszak  idą wybory. Należy się przecież przypodobać społeczeństwu…To wszystko pięknie brzmi, ta wielka troska o kieszenie kredytobiorców. I ja się cieszę, że politycy mają na uwadze to, co się dzieje, ale jak słyszę o pomysłach zamrożenia kursu lub ustalenia górnego pułapu, czy też innych szalonych pomysłach, to odbieram to, jak jakiś kabaret. Pomijam aspekt banków, które prowizjami i kosztami obsługi mocno obciążają kredytobiorców, ale kurs waluty reguluje GOSPODARKA.  Przynajmniej powinna. I na niej powinni się szanowni politycy skupić.

Czemu mnie to tak obeszło…?
Nie będę tu powtarzać, że ci, co wzięli kredyt we franku, to zostali dobrze prześwietleni, jeśli chodzi o płynność spłaty, ani tego, że branie kredytu w walucie obcej jest zawsze ryzykowne. A ryzyko polega na tym, że można zyskać lub stracić. To wszyscy wiemy. Nie rozumiem tylko, dlaczego politycy mają na uwadze tylko frankowych ryzykantów? A gdzie cała reszta kredytobiorców ? Czasem ktoś coś o nich wspomni…
Kredyt we frankach to nie kataklizm, nikt nie stracił dobytku, życia itp…To tylko jedna, kilka stówek więcej miesięcznej raty…Mało tego, gdyby politycy zabrali się za usprawnianie naszej gospodarki i umacnianie złotówki to fakt ten byłby krótkim tylko epizodem w dziejach franka. Dobra, ja wiem, że gospodarka w Europie i na świecie również ma wpływ, a tam się dzieje nie najlepiej…Ale to, co wymyślają politycy, do mnie nie przemawia. 
Gdy dolar spadł na łeb i szyje nikt nie ratował np. przedsiębiorców. Jedni tracili, drudzy zyskali. Takie życie…
 
W 1988 roku wraz z mężem wzięliśmy kredyt na budowę domu. W ciągi 40 lat mieliśmy spłacić 7 milionów. W styczniu 1990 roku inflacja nabrała takiego tempa, że w ciągu miesiąca odsetki urosły do 2 milionów…Mieliśmy szczęście, że w naszym posiadaniu był materiał budowlany  zakupiony wcześniej tak przy okazji, choć nam niepotrzebny. Ale  wtedy łapało się każdą okazję, po to, aby na przykład wymienić się z kimś na materiały.   Znalazł się kupiec i sprzedaliśmy  za 11 milionów; wspomnę tylko, że 4 miesiące wcześniej kosztował 300 tysięcy, więc to daje obraz, w jakim tempie  rosły ceny.  Szybko wpłaciliśmy te 9 milionów  do banku i pozbyliśmy się kredytu. Do dziś jednak pamiętam te nerwowe chwile, to rozgoryczenie i niezrozumienie całej tej sytuacji. I wielką ulgę.  W tym czasie mnóstwo osób będące w podobnej sytuacji nie ukończyło  budowania swych  domów.  Były przypadki samobójstw…Państwo się przeobrażało i miało w d…obywatela. Banki były tylko państwowe…nikt się nie przejmował, że inflacja może dosłownie zabić kredytobiorcę.
 
Teraz mamy zupełnie inną sytuację…
 
Mogę tylko współczuć kredytobiorcom,  że nastał dla nich ciężki czas… Ale nie zrozumiem żadnej manipulacji przy  kursie obcej waluty…
 
 
 
Reklamy