Nerw

Dopadł mnie nerw i trzyma.

Próbuję go wyjeździć: rozpędzam się do granic możliwości, pokonuje dłuższe trasy i…działa tylko na chwilę. Bo nerw i tak znajdzie sobie jakąś pożywkę by wkurzyć.
Próbuję zajadać, bo tak najłatwiej i przyjemniej. Za chwilę zjem górę lodową, a i tak nerw nie odpuści. Rośnie w siłę. Ma jakąś zdolność przyciągania i obrastania w zdarzenia, które powodują moją frustrację i złość.
Próbuję zapić, bo okazji w ostatnich dniach nie brakuje;) Nic z tego. Jak każda używka działa na chwilę. Wlazł ten nerw we mnie i siedzi.
 
Zaczęło się od zalania łazienki…Roboty kupę, ale straty niewielkie.  I korzyść taka, że łazienka została wyprana 😉
Następnie ją wypachniłam, tłukąc flakonik perfum. Słodkim zapachem Diora. A co tam…
Potem zbiłam dzbanek od zaparzacza kawy. 
Na złość rozpruła się moja mięciutka, wygodniutka, zamszowa balerinka. Czy jeszcze taki zawód jak szewc istnieje?
Garnitur męża spieprzyli w pralni.
Spaliłam garnek.
 
To jednak wszystko mały pikuś. Malutki nerwik, który zaraz został przegoniony.
No, ale nie dał za wygraną, obrósł w siłę…gdy…
 
Okradli dzieci…to znaczy budowę. Zwinęli kable. 
No i siedzi we mnie ten nerw.
Bo stratę można szybko przeboleć, ale co dalej?
Pilnować samemu?
Ciecia zatrudnić?
Przecież już teraz, to trzeba będzie tak do końca budowy.
Szlag.
A tu przecież sami swoi….jak to na wsi i okolic.
 
No to miłego weekendu. Jutro jadę znowu imprezować. Może uda się w końcu nerwa przegonić 😉
Reklamy