Dużo za dużo…?

   Ciekawa jestem czy wciąż święta kojarzą Wam się z wyjątkowymi potrawami?  Czy raczej bardziej z tym, że wszystkiego jest po prostu za dużo, a potrawy są tak naprawdę zwyczajne. Od lat zastanawia mnie widok wyładowanych po brzegi wózków w sklepach spożywczych tuż przed świętami. Wszystkiego jest w nich dużo, dużo za dużo, tak jakby każdy miał liczną rodzinę i gościł ją u siebie przez kilka dni. Pewnie są  tacy. Oraz tacy, którzy w świąteczne dni nie odchodzą od stołu. I niezależnie od wieku, płci czy zasobności portfela wychodzą z założenia, że w święta nie wypada   sobie niczego żałować, więc  do sklepowego wózka wkładają kilogramy żywności. Jak najwięcej, by niczego nie zabrakło. Potem przez  trzy dni z  kuchni  nie wychodzą, a gdy przychodzą świąteczne dni  i stół ugina się  od jedzenia, nie mogą tego wszystkiego przejeść. Gospodyni patrzy z wyrzutem jak jedzenie zalega na stole, a tu jeszcze pełna lodówka czeka.

Święta Wielkiej Nocy kulinarnie mnie nie fascynują. Wszystkie potrawy jakie pojawiają się w tych dniach na stole, jadam również w dni powszednie.Owszem, niektóre rzadziej, jak na przykład własny ( maminy lub ciociny) pasztet…Jedynie co jest inne, to atmosfera. Przy stole. I tak naprawdę to jest ważniejsze niż to, co znajduje się na nim. A już najmniej w jakich ilościach.
Jednak jestem w stu procentach pewna, że i  na naszym będzie dużo za dużo 😉
Aha…choć w Boże Narodzenie mogę na okrągło jeść pierogi, barszcz z uszkami i karpia…to w wiosenne święta każdego dnia wolałabym zjeść coś innego 🙂 Lekkiego, kolorowego, wiosennego…;)