Polityka pro, której nie ma…

J. i A. są mniej więcej w tym samym wieku i obie w tym samym roku urodziły dzieci. Z tą różnicą, że gdy A. dowiedziała się o ciąży, to z ojcem swego dziecka wzięła ślub.  J. śmieje się z A. bo woli mieć status samotnej matki i brać od państwa pieniądze, mimo że ojciec dziecka dobrze zarabia, mieszkają razem i jeszcze potrafią odłożyć jakąś kwotę na wspólne wakacje, a nawet na ślub, który kiedyś przecież się odbędzie.  A. nic nie jest w stanie odłożyć, jest na bezpłatnym urlopie wychowawczym, a mężowska pensja jest zbyt niska, by coś zaoszczędzić, a za wysoka, by dostać jakąś pomoc, gdyż  dochód na jednego członka rodziny został przekroczony o kilkanaście złotych.
 
  Na ustach polityków i to wszelkiej maści, polityka prorodzinna jest odmieniana przez różne przypadki. Tym gorliwiej im bliżej jest do wyborów.  To rzecz normalna, jeśli chodzi o polityczne obietnice.  Myślę, że owa gorliwość jest wprost proporcjonalna do niemożności ich spełnienia. Państwo przyzwyczaiło już do tego, że  każdy rodzic musi radzić sobie sam. Szczególnie matka. Szczególnie ta pracująca. Najczęściej i najgłośniej mówi się o tym, że pracująca kobieta, która spodziewa się dziecka, nie jest pewna co do swojej przyszłości zawodowej. Powszechnie wiadome jest, że pracodawcy nie patrzą na taką osobę przychylnym okiem, bo przeważnie już w pierwszych tygodniach ciąży ucieka na zwolnienie. Potem urlop macierzyński, po nim wypoczynkowy, a następnie wychowawczy. I tak znika z firmy na okres ponad trzyletni.  Trudno się dziwić pracodawcy, ale jeszcze trudniej kobiecie, kiedy po tak długiej absencji boi się, czy będzie miała  do czego wracać. Bardzo często nie ma. Bywa i tak, że sama nie chce lub nie może ze względu na dziecko. A pieniądze są jak najbardziej potrzebne.
 Przykład z życia wzięty:
Właśnie skończył się płatny urlop wychowawczy, ale  pracownica nie może wrócić do pracy, bo nie ma z kim zostawić dziecka. Jednak  nie występuje o roczny  bezpłatny urlop wychowawczy, który jej  przysługuje, tylko zwalnia się z pracy. Dziwne? No cóż, nie aż tak, jeśli wykalkulowała   sobie, że zarejestruje się w  Biurze Pracy po kuroniówkę. Przynajmniej przez rok będzie miała jakiś dochód. Teoretycznie takie zarejestrowanie  jest sygnałem, że  dana osoba poszukuje pracy, w praktyce jest różnie. Ryzyko, że  biuro pracę znajdzie jest niewielkie, gdyż ofert pracy jest  wciąż mało. Co zmusiło kobietę do takiego kroku?  Oczywiście, że pieniądze.  
Podczas  dyskusji ekonomistów na temat skąd brać pieniądze, by łatać dziurę budżetową, padają różne pomysły. Również takie, żeby uszczelnić wszelką finansową  pomoc społeczną. Padło  stwierdzenie, że to się nie opłaca, bo wyda się ogromną sumę pieniędzy  na programy liczące komu się należy a komu nie, a obywatele i tak wykombinują  by te pieniądze od państwa jakoś wydębić. No cóż, jeśli przyjmiemy takie założenie, to może faktycznie nic nie robić?  Zdać się na obywateli, którzy zgodnie z  panującymi przepisami, gmatwając sobie życie osobiste i zawodowe zapewnią  rodzinie pomoc od państwa.
Tylko wtedy pieniądze, których wciąż jest za mało, nigdy nie  dotrą tam, gdzie faktycznie są potrzebne.
 
 
 
Reklamy