Niedopowiedzenie…?

  Żeby poprawić sobie nastrój  zakupami czy innymi drobnymi przyjemnościami, które swą wartość mają z góry wycenioną w złotówkach lub innej walucie, to trzeba owe zasoby pieniężne posiadać. Rzecz oczywista. Dla mnie również rzeczą oczywistą jest to, że w związku-szczególnie małżeńskim- ilość owych zasobów, jakie małżonkowie  wspólnie tudzież każde z osobna  posiadają, jest obu stronom dobrze znana. Nie mówię tu, że  co do grosza, a nawet złotówki, ale mniej więcej, a raczej więcej niż mniej. Nawet jeśli mają osobne konta, co  nie jest  rzadkością w dzisiejszych czasach. Ale w takich przypadkach dla mnie oczywistością jest, że na konto współmałżonka i vice versa jestem upoważniona, mam kartę itp. W końcu małżeństwo to swoiste przedsiębiorstwo, w którym może i role są podzielone, ale udziały w zyskach i stratach powinno się dzielić wspólnie. W końcu bez zaufania, wspólnej obranej linii względem  wydatków, nie będzie ono dobrze funkcjonowało. 

Jednym słowem jestem za wiedzą ile współmałżonek  zarabia i jakie ma ewentualne z tego tytułu  oszczędności. Pomijam to, że dla mnie są to wspólne oszczędności, jeśli przed zawarciem małżeństwa nie została podpisana intercyza. Ale w różnych małżeństwach bywa z tym różnie i tak naprawdę zależy od dogadania się. Najważniejsze  aby obie strony były zgodne co do formy funkcjonowania ich domowego budżetu. Jedno jest pewne, aby dobrze funkcjonowało, to trzeba mieć do siebie zaufanie, w końcu mąż/żona to nasz wspólnik w tym swoistym biznesie 😉 
Dlatego zastanawiam się, czy dopuszczacie taką możliwość by wasza połówka -niezależnie od płci- zataiła przed wami wysokość własnych zarobków? Przez lata grubo je przed wami  pomniejszając i nie dopuszczając do wglądu  własnego konta?
Bo ja nie.
Nawet wyobrazić sobie tego nie potrafię.
 Pewnie można pogodzić się i jakoś odnaleźć się w sytuacji,  gdy nasza połówka, choć sporo zarabia, to jest osobą oszczędną i woli trzymać pieniądze na koncie niż wydawać je na przyjemności. Wiedziały gały, co brały, a jak nie wiedziały, to się szybko przekonały;) Ale przynajmniej wiedzą, na czym stoją. Ale chyba już trudniej zrozumieć, gdy za małżeńskimi plecami oszczędności rosną, które nijak nie są wspólne, gdy się o nich nie wie.
 
  Mojemu mężowi powiedziałam, że ja w takiej sytuacji  gdybym się już dowiedziała, to położyłabym papiery rozwodowe na stole. Dla mnie to totalny brak zaufania. I miłości.
Ale może źle to odbieram, może prawidłową reakcją powinna być radość, że ma się takiego zapobiegliwego męża?
Tylko z czego tu się cieszyć, jeśli ma się świadomość, że tylko przez przypadek wyszło wszystko na jaw. A zaoszczędzone pieniądze nie miały być niespodzianką. A nawet jeśli…to ja chromolę taką niespodziankę, jeśli przez szmat czasu byłabym oszukiwana.
A może nie? Może to nie oszustwo, tylko drobne niedopowiedzenie? Warte kilka zer, które wciąż są na koncie 😉
 
 
Reklamy